2016/10/01

Z burleską w tle


- Do spowiedzi nie chodziłam nigdy poza pierwszym okresem lat szkoły podstawowej. - Wiara chrześcijańska napawała mnie lękiem - nie byłam wierząca - a bynajmniej nie wierzyłam w to, co głosili księża. Byłam kilka razy w synagodze - tutaj czułam się lepiej - ale, też nie było to moje miejsce - nie potrafiłam oddać się w tej pobożności. W czasie pobytu w Londynie odwiedziłam meczet - tam mimo wyboru - poczułam się kamieniowana nim jeszcze opuściłam mury. Kilka razy miałam zaproszenie do sekty a innymi razy do przystąpienia do partii. - Wybrałam wolny zawód po to, aby być wolną w wybieraniu - stąd pozostaję do dzisiaj ateistką - mimo, że czasem deklaruję wiarę w jakiegoś boga - tylko nie wiem, czy taki istnieje. 

Wierzyłam bardziej w kabałę i różnego rodzaju horoskopy. - Na pierwszą randkę w życiu wybierałam się po rozmowie z wróżką, która przepowiadała mi bogate... ale, w zmiany - życie.

Wspominałam matkę, gdy namawiała mnie do odwiedzin znajomej wróżki, która matce wypowiedziała klęskę jej małżeństwa i chorobę powodującą notoryczne drgawki policzka. Matka wstydziła się tej choroby - bo, chwilami policzek wydawał się jakby był z galarety. Często siniał i trudno było to retuszować. 

Szesnasta trzydzieści - to godzina, kiedy rozpoczynały się nabożeństwa majowe. Całą klasą chodziliśmy na msze a po nich włóczyliśmy się po okolicy od parku do parku, albo od sklepu do sklepu. Park do napicia się wina, które chłopaki smakowali, jak koty mleko a my patrzyłyśmy na nich, jak na idiotów - zamiast się z nami całować - to, oni popijali wino i gadali o kartach i strzelnicy.

Paweł był ministrantem. Jego natura była inna - nie palił, nie pił, uprawiał siatkówkę i sporo pływał na jeziorku od wiosny do jesieni. Widywałam go wracającego z kąpieli - bo, nie zmieniał kąpielówek i dżinsy miał mokre. Wyglądał lekko komicznie, ale przecież był wysportowanym młodzieńcem.

Dzisiaj Paweł ma wnuka też o imieniu Paweł. A ja, nadal spoglądam na dziadka, jak w tedy, gdy był ministrantem. Czasem rozmawiamy, opowiada mi wtedy o tym, jak to przestał być ministrantem i został żołnierzem zawodowym. Otóż, do kościoła zawitał garnizon. Sporo ich było - może nawet z tysiąc chłopa - jak malowani. Paweł w komży i pelerynce wyglądał już jak alumn - tylko, sutanka go zdradzała. Ale wśród żołnierzy wyglądał elegancko i wyróżniał się wzrostem.

Kilka tygodni po tym wydarzeniu - siedział już w pociągu do Wrocławia - tam podjął nauką w podchorążówce. Po latach dowiedziałam się dopiero, że ożenił się mając dwadzieścia lat. - Nie przetrwało to jego małżeństwo zbyt długo. Żona była pielęgniarką w jednostce wojskowej. Coś im się nie poukładało. On sam doczekał emerytury wojskowej i nie zerwał kontaktów z rodziną. Był na misjach pokojowych, pracował w sztabie okręgu, zrobił kilka specjalizacji. Wszystko wyglądało na to, że jest zadowolony z życia.

Ja, nie byłam i interesował mnie tym bardziej. Posiwiał, ale nie przytył bardzo - taki blisko dwumetrowy facet na wojskowych nogach. - Jakie to wojskowe nogi? Otóż - takie nogi, które jak mężczyzna idzie to przytupuje lekko palcami. Taki chód można poznać z daleka. Lubiłam przyglądać się defilującym żołnierzom.

A więc, Paweł z duszą ministranta został majorem i wiódł spokojne życie pomiędzy mieszkaniem a działką rekreacyjną, o której opowiadał znajomym zawsze, gdy tylko mógł zabłysnąć jako ogrodnik i stoik. - Tak był opanowany, cierpliwy i dlatego taki pociągający. Byłam nim oczarowana nadal.

Pościerałam lakier z paznokci - waciki wrzuciłam do kosza metalowego i podpaliłam, aby zniknęły sobie na zawsze. Aceton jest fajny - bo, nie pozostawia wacików praktycznie wcale a te nie zaśmiecają środowiska po tym, jak są używane do zmywania lakieru. Każda kobieta tak powinna robić - bo, lakier i wacik potrafią zalegać w przyrodzie - jeżeli, nie są dobrze zutylizowane - przez wiele lat zanim emalia ulegnie rozkładowi.

Słońce walczyło z chmurami. Pogoda typowo działkowa. Cieszyłam się, że Paweł po latach przypomniał sobie o mnie - a ja, byłam gotowa na takie spotkanie nawet sam na sam na jego działce rekreacyjnej pełnej podobno sprzętu do fitness i basen miał tam być oraz altanki dwie - bo, gospodarz często wyprawiał tam imprezy dla przyjaciół.

Słońca tego lata nie brakowało - mając śniadą cerę byłam opalona, jak czekolada mleczna - taki cukiereczek - taka krówka ze mnie - w sam raz do posmakowania.

Założyłam różową bieliznę i taki sam biustonosz. Na to wrzuciłam sukienkę w kwiaty i balerinki ze skóry. Mam już swoje lata ale nadal czuję się młoda duchem a nawet bardzo młoda - bo, przyciągam wzrok dwudziestolatków z małym noże naddatkiem. Kiedyś, jeden powiedział do mnie - jesteś w wieku mojej matki - ale podniecasz mnie bardziej niż moja dziewczyna. Byłam osłupiona wyznaniem ale połechtało to moją... - no, właśnie poczułam wtedy wiatr we włosy. Przyciągałam rówieśników moich dzieci a one nie wiedziały o tym - dogadując mi często, że jestem już zmurszała jak Puszcza Białowieska, która pomimo wieku nadal stara się odradzać i eksplodować zwłaszcza wiosną na nowo i na nowo, aż tak do zimy. Nie cierpię zimy - ponura, mokra albo mroźna - muszę ubierać się jak na Alasce - a ja jestem natury lotnej, wolnej, woalkowej. Wo...alkowej - skojarzyło mi się z alkową, której nie omieszkam zapominać. - Moje dwa światy.

Paweł zadzwonił pierwszy raz pytając - czy, jestem już gotowa - bo, on tak i może po mnie przyjechać na umówione miejsce. Specjalnie wybrałam parking kolo "samu" - bo, to nie wzbudza skojarzeń i podejrzeń a przy okazji można zrobić stosowne zakupy na działkowe spotkanie.

Poprosiłam, aby poczekał w samochodzie a jak się pojawię, żeby wyszedł i pójdziemy kupić coś fajnego. Sklep, jak na osiedlowy asortyment miał nie lada - a sama lada obfitowała w delicje.

Paweł prowadził samochód - więc-, nie było za bardzo mowy o alkoholu - ale, przecież to nie grzech skosztować po lampce czegoś wybornego.

Jest! Dzwoni drugi raz. Tak, tak - jestem gotowa - oznajmiłam najmilej, jak potrafiłam stosownie do sytuacji i mężczyzny, którego podziwiałam w młodości swojej i jego.

Liczyłam schody jak szalona - nie wiem czemu, przecież wiem dokładnie ile mam schodów na klatce schodowej - uczyłam się ich kilka miesięcy - aby, w razie ciemności nie potknąć się i upaść. A wiadomo to - gwałciciele grasują po blokach, kombinują z oświetleniem i napadają na bezbronne kobiety. - A że, też na mnie nikt nie chce napaść. Ale, schody swoje znam, jakby jakiś amator damskich torebek mnie napastował w ciemności - to, bez potknięcia bym zwiała do mieszkania.

Trzysta szesnaście kroków do  sklepu - tak od drzwi bloku do drzwi sklepu. - Nie jestem szczególnie pedantyczna w liczeniu - bo, liczę na siebie i swoją wyobraźnię - ale, odległości w krokach tak jakoś zaczęłam liczyć jako nastolatka - trenując przy tym pamięć. Przydało się do nauki języków - zwłaszcza francuskiego - bo, angielskiego uczyłam się łatwo. Z francuskim jednak zwlekałam wiele lat aż posmakowałam i potem od czasu do czasu podnosiłam poziom edukacji poprzez kontakty z Francuzami chcącymi nauczyć się języka polskiego. Ja, im "francuza" a oni mi po francusku odpłacali. Szarmancji w nich bez ograniczeń - a to perfumy, albo jakieś ciuszki z porządnego butiku. Jeden nawet zabrał mnie do burleski - czego nie żałowałam nigdy. Było cudownie.

Paweł siedział w samochodzie ale drzwi miał uchylone. Noga w dżinsach wyglądała jak słup posadowiony w bucie kowbojskim. Twardziel, jak się patrzy. Wielki mężczyzna, wielki samochód i wielki bukiet kwiatów w jego rękach. Wstał - podeszłam, a on podał mi męską silną dłoń i pocałował bardzo po męsku - ale, tak emocjonalnie w policzek. To, idziemy zajrzymy do sklepu i zmykamy - na działce powinno być wszystko, co nam potrzeba. Na pewno? Zapytałam i spuściłam wzrok jakbym się zawstydziła. - Spojrzał i się uśmiechnął. Tak - tutaj kupimy może tylko świeże truskawki i lód w kostkach - bo, chyba tam nie ma za wiele w lodówce. - Puścił mnie przodem - a ja, nie wiedziałam na co on teraz się patrzy - na moje plecy, pupę, czy może jak chodzę - jak się poruszam. Czułam jego wzrok dosłownie na każdym centymetrze mojego ciała. Badacz - pomyślałam sobie. Ale to dobrze, że nie napaleniec. Taki rycerski a zarazem widać, że nie cofa się przed podjętymi decyzjami.

Może kwadrans zajęło nam chodzenie z koszykiem po sklepie. Wrzuciłam śmietankę w sprayu i koszyczek kiwi. Popatrzył na mnie lekko zdziwiony - powiedziałam do niego - przyda się może ta śmietanka do czegoś - przecież bierzemy truskawki. Uśmiechał się jeszcze bardziej. Taki wygolony, gładziutki, śniady - burzył krew w moich żyłach. - Przykucnęłam nagle. - Co się stało? Zareagował natychmiast podając mi rękę, abym się nie przewróciła. - Nic, nic. - Serce nie sługa -. powiedziałam. Chyba nie zrozumiał - bo powiedział, że powinnam iść do kardiologa. Och - żeby on wiedział, ilu ja kardiologów odwiedziłam, aby tylko chcieli mnie badać, dotykać, porównywać rytm w spoczynku i po wysiłku. Oj, Paweł, Paweł - to, przez ciebie ta krew mi tak krąży, że serce nie nadąża pompować a śledziona szaleje.

W samochodzie wyprostowałam nogi - popatrzył na mnie z fotela kierowcy, jak się wyciągnęłam zamykając powieki. Nie wiem, co widział a czego się tylko domyślał - ale, ściskałam uda tak, jakbym miała siedem orgazmów jednocześnie. Przeżyłam coś, czego nie potrafię nawet opowiedzieć - tak nagle, gdy tylko wsiadłam do jego samochodu tak cudownie pachnącego mężczyzną.

Suka ze mnie - pomyślałam - ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.


 *fragment całości objęty prawami autorskimi