Nowy sezon w łodzi? Wygląda na to, że potrzebowałam zmian - pojechałam jakiś czas temu zapolować na nowe wiosła do łodzi a przy okazji chciałam zarobić na nową łódź - nie koniecznie taką samą, jak ta stara wysłużona i trzymająca się na siłę - bo, podatki niskie - bo, przyzwyczaiłam się do wygody.
Przymrozki sprawiają, że kwietniowe słońce dające wiele ciepła w południe - z samego rana odpala tak, jak stary akumulator w syrence. - Kiedy, to było? Stare czasy, gdy po drogach więcej wozów konnych pędziło za szalonymi końmi niż wygodnych sedanów z kanapami wielkimi, jak wersalka.
Wsiadłam do autobusu - nawet bilety podrożały tej wiosny. Kierowca pracujący na tej trasie wiele lat - poczęstował mnie uśmiechem i oczkiem na powiadanie - jakby chciał powiedzieć - witaj Grażka na pokładzie "tankowca". Właśnie - autobus traktował on sam, jak zbiornikowiec, gdzie wsiadała cała masa młodych i ponętnych pasażerek oraz doświadczonych już mężatek udających się autobusem w podróż za miasto w nadziei spotkania przygody zupełnie innej niż to, co było codziennością.
Ruszyliśmy równiutko o ósmej piętnaście - dwie godziny jazdy i będę na miejscu - potem dwa kilometry pieszo wzdłuż linii brzegowej jeziora - ale, od niedawna jest to ścieżka rowerowa wyłożona kostką - więc idzie się przyjemniej - tym bardziej, że o tej porze sporo pieszych i turystów na rowerach łapie pierwsze wiosenne promienie słońca. Włożyłam słuchawki na uszy - aby, oddać się przyjemności - zamykając oczy żeglowałam po moim jeziorze w łodzi bez wioseł w oczekiwaniu na to, że osiądę na mieliźnie łachy - gdzie, wyjdę mocząc nogi ponad kolana.
Wiedziałam, że jadę w stare, dobrze znane miejsca a jednak po rozmowie z mężem, który dawał mi wolną już rękę we wszystkim, co robię i tak od dawna - czułam się jakby inna. Siedzenie było podgrzewane - wstałam, aby podejść do kierowcy i powiedzieć - żeby wyłączył to cholerne grzanie - bo, mi pupa eksploduje nim dojadę do swojego przystanku. - Popatrzył z ironią - ale, wyłączył ogrzewanie - co, zapewne spodobało się kilkorgu współpasażerów gotujących się w milczeniu na swoich siedzeniach. - Ludzie nie mają odwagi powiedzieć czegoś rozsądnego do kierowcy - pana i władcy wielomiejscowego traktora - bo, tak warczał ten jego autobus, że przypominał "bonanzę" wożącą uczniów do szkoły.
W końcu. - Wysiadłam prostując nogi i rozglądając się - co, to też się zmieniło od jesieni. Nie wiele a zarazem zauważyłam kilka parkanów, znaki poziome pomalowane na świeżym asfalcie i ten wiatr wiejący od jeziora - pachniało wodą - takie zapachy tylko przyjezdni czują - bo, tubylcy nawet nie myślą, jak to jest w zadymionym, pełnym smogu mieście.
Piętnaście minut idę jeden kilometr - wyliczyłam to sobie na perfekt - dwa kilometry - to, około pół godziny spacerem - rozglądając się po jeziorze i odradzającym się życiu na jeziorze.
Telefon! Kurcze zapomniałam telefonu. Dopiero teraz sięgnęłam do plecaka a tam... nie mam telefonu. Zrobiło mi się nieprzyjemnie - nie zablokowałam klawiatury i nie wprowadziłam kodu PIN - aby, nikt nie czytał tego, co tam miałam. Trochę mnie to zmroziło a nawet popsuło nastrój, jaki panował w czasie jazdy, gdy obserwowałam kierującego pana Rysia.
Mąż nie miał zwyczaju grzebania mi w rzeczach ale co innego szafy i szafki, a co innego telefon leżący na blacie stołu w kuchni. - Pokusa była wielka. Zaczęłam nawet rozmyślać - czego, to on się dowie o mnie i moim telefonie - jeżeli, sięgnie do archiwum SMS, folderu ze zdjęciami itd. A co tam - przecież byliśmy po rozmowach i powiedział, że wszystko mi wybacza. Niech więc wybacza - albo nie interesuje wcale tym, co robię. - Telefon - jakże zdradliwe narzędzie współczesności - wystarczy przejąć czyjąś komórkę a już wiemy - kto kim jest.
Pechozol. Nie wrócę się teraz tylko dlatego, że na parę godzin telefon zostawiłam w domu. Szłam i nie mogłam nacieszyć się wolnością od wszystkiego. Jezioro było moim żywiołem - kąpiele zwłaszcza te nago o zmroku przy płonącym ognisku doładowywały moją zgorszoną duszę nowymi fantazjami.
*fragment całości
