2016/09/30

Na weselisko

Sześć lat minęło od weekendu, który spędziłam na zabawie weselnej. Dość długo - patrząc na czasy i domniemanie przyjaciół, jakich sobie gromadziłam hurtowo na wszelkie sposoby. To zły znak - taka masa przyjaciół, że jakąś partię mogłabym założyć albo stowarzyszenia - nawet fundację - a ja sześć lat nie byłam na weselu. 


Sobota, godzina jedenasta szesnaście - jestem w negliżu i oglądam swoje udziska, których nikt nie ściska. - Cholera - pomyślałam, co ja robię ze swoim życiem - przecież mogłam żyć tak, jak moje koleżanki, których mężowie urzędnikami byli, w bankach pracowali - dziewczyny bywały na balach, bankietach, rautach, wczasach w luksusowych ośrodkach. A ja, siedziałam i czekałam - aż, ktoś zaprosi mnie na wesele. Sama, znów sama. Pan i książę - ma swoje plany - powiedział, że wrósł z wesel już dawno. Pewnie ostatni raz był na weselu naszym wspólnym - całą wieczność temu.

Oglądałam sukienkę - byłam w niej już gdzieś - ale, przecież tylko raz i to wszystko. - Pasuje w sam raz i do mojej figury - też do okazji - taka kloszowa, szeroka, taneczna. W sumie wszystko mam, co chciałabym włożyć. Nawet korale mam pasujące do sukni. Buty zamszowe - jasne z klamerką.

Bielizny zabieram cztery komplety - nie wiadomo, jak to noc się potoczy a nad ranem może różnie być przecież. - Wesele w zajeździe z pokojami gościnnymi. Pojadę z przyjaciółmi ich limuzyną - obiecali zabrać mnie w obie strony. Ich jest dwoje a ja sama. Obiecałam przyjaciółce, że nie zmarnuję tej okazji - ale, że wrócę razem z nimi w niedzielę na noc do domu.

Skrzyżowałam nogi. Poczułam się skrępowana sama przed sobą. Coś niesłychanego - pierwszy chyba raz poczułam takie uczucie zażenowania wobec samej siebie.

Jeszcze perfumy do torebki, plastry na ewentualne urazy stóp, waciki do makijażu, tonik, mleczko, fluid, paleta i pędzelki.

Biżuteria. Właśnie - zamiast obrączki - postanowiłam włożyć dwa dodatkowe pierścionki. W sam raz przykrywają dokładnie ślad po obrączce. Tą nosiłam regularnie dla oka przed dziećmi i rodziną - przecież byłam im to winna.

Jedziemy. Krzysiek prowadzi a ja z Zosią siedzę na tylnej kanapie. Zośka, ta cholernica tylko się uśmiecha i nic nie mówi. Kanapa służyła jej i mnie w poprzednie wakacje nad jeziorem w bardzo przyjemny sposób. Krzyśka nie było - obie miałyśmy na dancingu farta i przykleili się do nas bliźniacy - tacy jacyś - szybko o tym zapomniałam - aż do teraz, gdy Zośka poklepała zagłówek dłonią tak, jakby chciała mi przywołać tamten wieczór.

Krzysiek ani mruknął - on dobrze prowadził - ale, swoje wiedział - z Zosią żyli jak stare dobre małżeństwo - łączył ich biznes i dzieci a reszta to tylko pozory- Oboje miewali kochanków. Tak teraz pomyślałam, że przecież to tylko życie - nie wiele różnili się ode mnie - mieli tylko kasę, której mi brakowało ciągle jakoś - pomimo tylu zabiegów i prób zmiany tego stanu.

Godzina jazdy za nami, jeszcze pół około i będziemy na miejscu. Gadałyśmy o wszystkim i niczym - Zośka podkręcała się przed weselem a Krzysiek puszczał weselną muzę w kompaktu dając głośniki na full. Lubiłam tą piosenkę - chociaż kojarzyła mi się ze wsią a ja ze wsi lubiłam tylko stodołę i siano. Sypianie na sianie - to lata licealne, kiedy jeździłam z koleżanką i jej bratem do ich babci - a tam stodoła pachnąca sianem i końmi. Konie stały w stajni obok - ale, ich zapach przenosił się do stodoły ogrzewanej słońcem i właśnie sianem w sąsieku pamiętającym nie jedno zapewne nocowanie i spanie do piania kogutów i nas licealistów i maturzystów traktujących stodołę, jak hotel pod gwiazdami.

Nie wiecie czym jest sąsiek? No, tak - wielu z nas nie wie - więc wam podpowiem - bo, warto nie tylko wiedzieć - ale, spędzić chociaż raz gorącą noc w sąsieku.

Krzysiek nie ustawał w disco-polowych nagraniach - w końcu jechaliśmy na weselisko a nie wesele - jak się bawić - to, nie przy Depeche Mode.

Wpadałam w pewien trans a Krzysiek wiedział, że tak mnie podkręci i to, że jadę sama na wesele przestanie być problemem. "Wspomnień czar" - to piosenka, którą przeżyłam raz a porządnie. Proste rytmy a sukienka wiruje i nogi się plączą. Po dwóch godzinach i tak wszyscy zaczną mieć humorek po kilku głębszych.

Otworzyłam okno - klimatyzator wyłączony - było ciepło a mnie potrzebny był wiatr we włosy. Jechałam z nimi a wspominałam samotnie - nawet Zosia nie zauważała, że odpływam na tej kanapie wspominając tamten wieczór na tej kanapie.

A skoro o wspominaniu, to przypomniało mi się "Ostatnie takie trio" - film, który oglądałam na DKF-ie podczas pierwszego roku studiów - jakże przypominało mi to moje - co prawda miejskie wesele - ale pełne akcentów podmiejskich a nawet mocno wiejskich.

Jesteśmy na miejscu - zajazd znałam od kilku lat - byłam tutaj na obiedzie kilka lat temu. Pozmieniało się sporo - przybyło zieleni. Rzeka Warta płynąca dosłownie kilkadziesiąt metrów od posesji zajazdu Mazurek - szumiała na kaskadach. Marzyłam o pokoju z widokiem na rzekę - nawet powiedziałam Zośce, aby porozmawiała z gospodarzami wesela o tym. Pewnie - bo, my też chcemy mieć pokój z widokiem na Wartę. To mnie połaskotało - oni i ja w jednym pokoju. - Och - precz kudłate myśli...!

*fragment całości - objęty prawami autorskimi