2017/07/25

Przeboje polskiej cycoliny

W samym środku lata pchnęło mnie na portugalskie podboje - tam dopiero nabierałam wigoru i brązowego koloru. Lato - wszystko wydarzyć się może - i to lazurowe morze. Towarzyszył mi mój José - któremu  nie sposób było odmawiać uciechy - chociażby, tylko dla tych podróży jachtem białym, jak śnieg na Kilimandżaro. - Właśnie - połączenie zimnych nocy i gorących dni - uwalniało we mnie emocje. Zapominałam kim jestem, kim byłam i kim będę - oddawałam się w całości chwili. 



Nie traciłam nic - a zwłaszcza nie traciłam pieniędzy, których tak bardzo potrzebowałam na to nudne życie po powrocie. Dwa światy - tutaj, taka wolna i swobodna - nieznana nikomu, wyluzowana i szalona bez cugli. U siebie wśród sąsiadów, znajomych i rodziny - pokorna i cnotliwa - chociaż, wszyscy oni wiedzieli, że aniołkiem - to ja nie byłam i nie jestem. 

A więc José, Neymar, Sancho i Marcos oraz Ema, Lucinda i Raquel - czyli, moi kompani w tej kampani letniego szalaństwa ruszyliśmy na wysepki - gdzie, zaszaleliśmy na tyle, że chwilami już nie wiedziałam - czy, to realne życie - czy, na pełnym odlocie. Trochę za dużo alkoholu, za dużo... Zdecydowanie powinnam uważać - bo, to nie opuchlizna - ale, nadmiar kalorii wylewa mi się z sukienki. 

Operacja plastyczna - co prawda uratowała biust - ale, już biustonosze nie radzą sobie z jego nadmiarem. Ten chirurg chyba był mammafilistą - chociaż, kto go tam wie - bo, wyglądał na faceta o bardzo ograniczonym życiu z uwagi na nadmiar pracy. Być może, jako lekarz chirurg plastyczny był doskonały - ale, jako facet prywatnie - przemęczony i uciekał w relaks latania na motolotnii. Miał taką przed kliniką - widziałam, jak wzbijał się w przestworza - jak, jakiś ikar. 

Wiatr wiał - włosy targał - a ja, jak Rose z Titanika - witałam bezkres oceanu. Szalone chwile dopełniały się wieczorami spędzanymi na jachcie zacumowanym w pobliżu wysepki.

Moi znajomi z upartością puszczali przeboje polskiej cycoliny robiącej karierę w niemieckim show biznesie - chociaż, nie w moim stylu - to, poddawałam się piosenkom. José wypił trochę za dużo wina - klapnął w kajucie, jak worek marynarski wypchany szmatami. Reszta towarzystwa bujała się na pokładzie rytmicznie. Byli upojeni atmosferą. Spadały ograniczenia - zatracały się granice rzeczywistości. 

Wina nie brakowało - zaczynało brakować zdrowego rozsądku. Co, co oddalało na początku - teraz zbliżało. Pełen luzik. Chłopakom puszczały bariery. Sancho - pomimo siwizny na głowie nadal był marynarzem oceanów i mórzy. Wykrzykiwał z pokładu - jakby był Posejdonem a jacht przecinał fale.

Z upływem czasu, ubywało szampana i wina. Przybywało ochoty na zabawy pod pokładem. Rzuciłam kolejną butelkę po winie do oceanu - nie utonęła - wypełniona do polowy odpłynęła w kierunku brzegu. Rozpoczynał się przypływ - trzeba było uważać - bo, skał dookoła nie brakowało. Włączony silnik spalinowy skierował jacht w stronę przystani... czekałam na te chwile, jakie zaplanowałam w domku na skałkach nad samą plażą. 

*fragment całości. Prawa autorskie zastrzeżone.


2017/07/24

Srumta niemyta

Siedziałam w łodzi zacumowanej zapewne z dwieście metrów od brzegu a dookoła panowała jedwabista cisza, lustro wody jakby wyprasowane - nawet jednej fali, nawet nartniki jakby stąpały nie roztaczając kolistych kręgów na wodzie. Niesamowite - ile, oczy mogą widzieć w tak niezmąconej wodzie. Jezioro nie należało do głębokich - więc, pomimo sporej odległości od brzegów a szczególnie od mojego brzegu oznaczonego "Przystań 61" - widziałam dno - piaszczyste porośnięte roślinkami nie większymi, jak kilkanaście centymetrów - a wśród nich przemykały ławice małych płoci, czasem dostrzegałam kilka okoników młodzików. Patrzyłam w toń - przysłaniając się parasolem, jaki zamontowałam w łodzi wraz z nastaniem upałów - dawała boski cień a nawet służyła jako żagiel, gdy wiatr pompował ją. Kabłąki powiązane do rączki pozwalały na nawet spory rajd "żeglarski" w stronę brzegu - albo, uciekając od brzegu w stronę środka jeziora. Nie było miecza, nie było steru, nie było wioseł - więc, parasol stanowił idealne doposażenie łodzi. 


Spomiędzy trzcin, gdzieś zapewne trzysta metrów ode mnie widziałam grupkę kąpiących się mężczyzn. - Nie byli to młodziki - raczej faceci niż chłopcy. Skakali z pomostu do wody. Matko boska - jak oni skakali do wody mającej nie więcej niż może dwa metry - na główkę! - Czyste szaleństwo. Ale widziałam, jak nawet łamanym skakali - a to wymagało już od nich wprawy nie byle jakiej. Sama nie potrafiłam nigdy skakać do wody na głowę - bałam się czegoś, coś mnie odstraszało od wtopienia się z impetem do nieznanej topieli. Nie, nie! To, nie dla mnie - bałam się tych wszystkich roślin wodnych mogących oplątać mi się na szyi lub szorować po ciele. Każdy dotyk w wodzie jest taki spotęgowany wielokroć receptorami czuciowymi na skórze. Odkręciłam głowę od wpatrywania się w pływające ryby i raki umykające pomiędzy wodorostami i zainteresowałam się tym, co ci młodzi skoczkowie do wody robili. A właśnie skakali i wyciągali coś kolorowego z toni, która pochłniała ich na kilka sekund - wyciągali właściwie kolorowe bardzo fluoroscencyjne jakieś przedmioty. - No, tak! Przecież widać, że to kadra ratowników wodnych, którzy wczoraj przyjechali i zakwaterowali się w pokojach nad żaglownią. - Dopiero teraz zaskoczyłam, dopiero ciarki przeszły po mnie. Jakże mogłam zapomnieć - tacy przystojni młodzi, wysportowani, męscy, opaleni - niesamowicie uroczy panowie.  

Skakali już pewnie z godzinę. Gwizdek, skok do wody - kilka sekund pod wodą i wypływa z trofeum dzielny pan ratownik. Bez kamizelek, bez koszulek, bez czepków - wyglądali bardziej na miejscowych łobuziaków niż na ekipę ratowników. 

Nie było innego wyjścia, jak tylko delikatnie powiosłować parasolem w stronę brzegu - aby, z bliska podziwiać ich sprawność, gibkość i te mięśnie brzuchów, te tricepsy, tą radość życia, jaką wkładali w każdy skok - słychać ich było zapewne na kilometr przy tak gładkiej powierzchni jeziora. 

Tunika leżała na mnie prawie doskonale - kolorowa, prawie idealna na plażę i do kina - no, właśnie prawie - jak, to prawie robi różnicę. Poprawiłam wszystko na sobie i jestem już nie dalej, jak dwadzieścia metrów od śmiałków. Skakali nie zwracając na mnie uwagi. A ja, zakotwiczyłam prawie na granicy trzcin. Kamień kotwiczący poszedł na dno, cuma przyciąnięta maksymalnie na sztywno. Nadal bezwietrznie. Tutaj bliżej brzegu jednak trochę chłodniej od sosnowego lasu, jako okala jezioro. 

Oni skakali a ja patrzyłam jak zaczarowana. - O, Jezu! - Serce mi o mało nie wyskoczyło z piersi a może to pierś chciała wyskoczyć z łodzi! Ależ się wystraszyłam. Jakieś łapska chwyciły burtę łodzi i nagle wszystko zrobiło się tak niestabilne, że o mało nie wpadłam do wody. Kosmata jakaś morda wyłoniła się z wody! Czarny potwór z głębin - wielki, jak orka a może jak kaszalot - cały w kombinezonie do nurkowania. Psiuknął do tyłu i po chwili zagadał do mnie - prawdziwy, żywy nurek. - Ależ serce mi waliło, jakbym walczyła ze sztormem na pełnym morzu. - Przeprosił, że mnie wystraszył - ale, zrobił to celowo - bo, podono wpłynęłam na terytorium opanowanym przez praktykujących adeptów ratownictwa wodnego. A on - wielki pan instruktor pływał jako organizator ustawiania tego, co oni wyławiali z wody. W kilka sekund pojęłam, że jestem intruzem na ich wodzie. - Ale, ale - jakiej ich - to, przecież okolice mojej przystani a oni bazowali przy przystani chyba nurmery od 30 do 40. Tak bynajniej mi się wydawało po wczorajszym rekonesansie, gdy przyjechali i łazili brzegiem jeziora. 

Wcale się mną nie zainteresował ten kosmaty powtór z głębin a nawet niezbyt elegancko mnie potraktował prosząc o szybkie odpłynięcie od ich terytorium treningowego - jakby do nich należało pół akwenu. Niebywałe. 

Poprosiłam, żeby chwycił cumę z kamieniem ktowiczącym i odholował mnie kawałek od tego miejsca - będzie szybciej niż ja parasolem będę wymiatać. 

Zanurkował - poczułam szarpnięcie, chwyciłam się obiema rękami burt i jednym ślizgiem pomknęłam po linii trzcin może z 200 metrów. Odpływam... ale, kilka chwil od momentu, kiedy nurek pociągnął za cumę - usłyszałem od skaczących ratowników niemiłą zagrywkę. - Otóż, do uszu dotarło do mnie: " srumta niemyta - wpakowała się nam akurat tam, gdzie były poustawiane miny!". - Och, ty! - pomyślałam - chwyciłam parasol i uderzyłam ze złością w wodę kilka razy! - Wiem, że dla nurkujących to niezbyt miłe uczucie, gdy są pod powierzchnią wody a ktoś wali w taflę wody ile sił. Coś za coś! Złośnica jestem i nic na to nie poradzę. - Czasem ciężko żałuję tego, co robię! - Właśnie, nurek zgubił chyba mój kamień do kotwiczenia! Zniknął, a ja z lekko rozpędzoną na wodzie łodzią wpłynęłam prosto w szuwary. 

*fragment całości - prawa autorskie zastrzeżone


2017/07/13

W kinie

Pachniało fotelami kinowymi - weszliśmy jako pierwsza para. Seans premierowy - bilety otrzymane w prezencie od fundacji opiekującej się wolontariuszkami pracującymi na rzecz potrzebujących i wymagających samotnych panów poszukujących oderwania od problemów związanych ze stresem pracy w biznesie i korporacjach. W Japonii od tego są gejsze - lecz w Europie nie przeszło to z uwagi na inne tradycje i klimat panujący w społeczeństwie. Ktoś dawno temu zorganizował wolontariat a nasze protoplastki podzieliły się z uwagi na przekonania i poglądy - na kilka grup wolontariatu. Jedne zajęły się wspieraniem osób przewlekle chorych i hospicjów, inne wolały pomaganie żołnierzom na froncie, po froncie i przed frontem a jeszcze inne wykonywały wiele innych prawdopodobnie przydatnych czynności wspierających męską zwłaszcza część populacji. 



Szósty rząd siedzeń, sześćdziesiąty szósty fotel i sześćdziesiąty siódmy. Przekorność losu kusi zawsze skojarzeniami. Zabrałam swojego żołnierza - bojownika o prawa wolontariuszek do opiekowania się wycieńczonymi męskimi rewolucjonistami pragnącymi tylko tego - aby, po każdej bitwie zalec w szpitalnym łożu w nadziei, że siostra przełożona przyśle miły personel opiekunek.

Szybko robiło się tłumnie - jak, to na premierze filmu - po dosłownie kwadransie wyczuwało się już w powietrzu nie tylko przyjemny zapach - ale, co było robić - takie kina nawet klimatyzowane nie radziły sobie z widownią oczekującą na wejście nawet kilka godzin w kolejce - a nie wszyscy posiadali bilety kupione wcześniej lub otrzymane jako deputat za jakieś wyrzeczenia. 

Zasiadłam w fotelu - ale, z emocji nie mogłam wytrzymać i uścisnęłam swojego partnera na tej premierze. On taki żołnierski - nawet teraz w mundurze - co podkreślało tylko moją pozycję społeczną przy nim. Mundurowy - za mundurem - panny i mężatki - sznurem! - Chyba coś pokręciłam - w piosence nie było chyba mowy o mężatkach. A co tam! Nikt nie musi wiedzieć prawdy, jak ja tej prawdy nie rozsiewam dookoła. 

Ależ się cieszyłam - jak kiedyś - gdy, dostałam włoskiego loda, którego nie wiedziałam - podziwiać czy wylizywać - bo, ubywało go w szybkim tempie w słoneczny, upalny dzień - co nie dziwi - bo, lody nie lubią zbyt gorącej atmosfery.

"Star Wars" - 30 marca 1978 roku - kino wielkie i wygodne - dźwięk powalał na kolana - ruszyła najpierw Kronika Filmowa - sala zamilkła - a rozległ się hałas laserowej broni. Niesamowite efekty. Kurczowo chwytałam się miecza - mimo, że nie miałam go nigdy w ręku. Ale takie emocje, takie emocje. Wszystko we mnie drgało. A on? On siedział wpatrzony w ekran, gdy ja chwytałam go co chwila za rękawy. Ludzie oszaleli na punkcie George'a Lucas'a. Muzyka John'a Williams'a - wtłaczała w fotele. Byłam oczarowana efektami. Nie tak dawno brałam ślub a tutaj nagle tak szybko z przyjacielem byłam na premierze wspaniałego filmu. Mąż - pojechał z grupą studentów na kilka dni gdzieś do Wrocławia. W sam raz wszystko się poukładało. Serce mi podskakiwało do gardła - gdy, akcja przeradzała się z dialogów w nagłe pełne emocji sekwencje bitewne. Chwilami chwytałam rękę mojego żołnierza, chwilami obiema rękoma chwytałam podłokietniki i czułam się tak, jakbym sterowała bolidem kosmicznym w czasie akcji. Zresztą te akcje ze strzelaniem... no właśnie - nigdy im nie brakuje amunicji, są młodzi, pełni energii i tacy waleczni. 

Ostatnie sceny filmu wzruszały mnie do łez - a mój przyjaciel usadowił się w fotelu wygodniej - jakby chciał przyjąć pozę wygranego pana i władcy. - Nie wiedziałam, co oznaczało założenie obydwu rąk na kark przez mężczyznę - ale, już wiem. Nie miałam mu za złe przyjęcie takiej pozy - w końcu był moim Chlewie.

Wracając do domu - odprowadzana przez serdecznego mi przyjaciela w mundurze - czułam się zaspokojona emocjonalnie i nie tylko - wszystko we mnie grało, poruszałam swoje pokłady emocji. Pożegnanie było prozaiczne i szybkie - w końcu było już dość po dwudziestej drugiej - a marcowe nadal powietrze skłaniało do szybkiego wtopienia się w pościel, aby dopełnić emocji we śnie.

*fragment książki - prawda autorskie do tekstu zastrzeżone

2017/07/09

Grzybienie białe

Siedziałam chyba dwie godziny na rozpalonej, jak patelnia łodzi a w sumie w łodzi. Słońce paliło niemiłosiernie a ja patrzyłam, jak moja skóra jest pomarszczona od starości. Nie pomaga nic - ani kremy, ani naturalne smarowanie. Może mam za starych tych masażystów i krem jakiś nie bardzo gęsty. Muszę nad tym popracować - bo, ohydnie jest patrzeć na dekolt i udziska - o pupie nie myślę już nawet - obwisło mi wszystko. Opalacze nie ogarniają już tego wszystkiego. Wzięłam sobie na lipcowy weekend trochę wolnego od wszystkiego i ruszyłam na moje jezioro. Na brzegu siedzieli pan Zdzisio i pan Rysio obok niego - moczyli swoje kije i popijali piwo chłodzone w wodzie w siatce na ryby. Jednego znałam tylko z widzenia i imienia. Ale, pan Zdzisio był we mnie zakochany od wielu lat, adorował mnie, sprawiał mi przyjemnostki czasem w żaglowni a innym czasem zadawalałam się tylko perfumami lub innymi drobiazgami, które Zdzisio przywoził z Portugalii, gdzie namiętnie podróżował w poszukiwaniu łowisk. Należał do towarzystwa emerytów, które skupiło się wokół łowienia na wędkę poszukiwanych okazów bacalhau i robalo. - Kilka razy towarzyszyłam Zdzisiowi w takiej wyprawie - co, obfitowało bardzo bliską znajomością ze szczegółami, jakich ani ja, ani wędkarze nie rozprawiają nawet na łowisku. Bywałam więc w Portugalii czasem - wcale nie w poszukiwaniu a raczej na łowisku - czując się jak przynęta do wzięcia. 

Lipiec, krajowe łowisko i ci dwaj nad brzegiem - co jakiś czas machają mi butelkami piwa - zapraszając do towarzystwa. - Naciągnęłam mocniej słomkowy kapelusz udając, że nie widzę jak machają i nie słyszę - bo, woda pluskała o burty łodzi. 



Zacumowałam między grzybieniami białymi (Nymphaea alba L.), wyciągałam z wody całe pędy z kwiatami i układałam w łodzi na dnie, gdzie uzbierałam trochę wody do kostek - co, w taki upał sprawia przyjemność nogom - w sam raz przydała się do grzybieni.

Zamieszkałam tym razem na cały weekend w kempingu - jakby przekornie - chcąc wieczorem być odizolowana od nadmiaru wścibskich oczu i uszu. Nikogo nie powinno obchodzić z kim jadam kolację i czy ten ktoś opuszcza mnie wieczorem - czy, dopiero nad rankiem wymyka się ukradkiem. 

Zdzisio jednak odpada. Za stary już trochę - to, nie to samo, co wypady w przeszłości do Portugalii, gdzie byłam jego prawą ręką, a on moim jedynym wtedy towarzyszem dni i nocy. Co, to były za czasy - wcale nie myślałam o tym, że zostawiam męża i dzieci na całe czasem lato. Wracałam opalona, z pełnym portfelem i prezentami. Nigdy nie musiałam tłumaczyć - co robiłam - bo, przecież tłumaczyłam tylko między kolegami, co gadali - jak się już dogadywać nie potrafili. 

Rozglądałam się po linii brzegowej a tutaj niespodziewanie podpływa do mnie omega - prawie bezszelestnie z opuszczonym ożaglowaniem. Dopiero dosłownie na kilka metrów spostrzegłam, że jesteśmy na kursie kolizyjnym a dokładniej ta omega płynie prosto na mnie. - Krzyknęłam - w jednej sekundzie uniknęliśmy kolizji. - Po kilku sekundach znad burty wyłonił się marynarz słodkich wód - opalony, wąsaty i brodaty kapitan omegi odziany jedynie w skąpe kąpielówki - co, nie uszło mojej uwadze. - Słów przeprosin nie żałował a rzucał ich tak wiele, że wydawało mi się, iż tonę pod ich wodospadem. W mgnieniu oka oceniłam szanse i możliwości. Trafiłam na podatny grunt. Niedoszły korsarz miał może trzydzieści kilka lat i był lekko brzuchaty od piwa - ale, za to elokwentny i zagadał po angielsku, co nie sprawiło mi problemu. - Oznajmił, że pracuje i mieszka w Australii - a do ojczyzny powraca na wakacje - bo, ma jeszcze rodziców, których obiecał rok w rok odwiedzać latem. - Zaiskrzyło. Gadka się kleiła. Zacumował przy mnie i tak rozpoczęła się konwersacja oparta o macanki wzrokowe. Uwodziłam go nie dając mu szans na oderwanie wzorku ode mnie. Był mój po może pół godziny rozmawiania o sztuce, malarstwie i bohemie. - Spytał czym się zajmuję, dlaczego samotnie siedzę w łodzi bez wioseł, co sprawiło, że nazbierałam tyle grzybieni białych. - Zapytał też - czy, mam towarzystwo na wieczór - bo, on wpadnie tylko do rodziców i miałby ochotę na spędzenie wieczoru w towarzystwie. 
Wiele słów w kilka minut - nie miałam wątpliwości - ten korsarz to moja zdobycz a nie ja jego.

*fragment / prawa autorskie zastrzeżone



2017/07/05

Między aligatorami

Wydawało się, że nic mnie nie zaskoczy, że każda moja intryga ujdzie mi na sucho. Ale, tylko mi się wydawało. Wpłynęłam tą swoją łupiną bez wioseł na terytorium aligatora, który pilnował rewiru, gdzie bawiło jego młode aligatorzątko. Byłam pewna siebie a nawet lekkomyślnie uważałam, że jestem panią i władczynią sytuacji - pewność samej siebie rozsadzała mi cycki w gorsecie. - Aligator wyczuł, że jestem na jego terytorium intruzem. Jego korpus wtopił się w całości w wodę. Zamarłam ze strachu, że naruszając mir tego miejsca skalałam świątynię pradziejów swoją pazernością na przygodę. - Mijały sekundy a może nawet minuty - każde uderzenie fali o burtę łodzi przyprawiało mnie o palpitację i tak schorowanego serca, które bez lekarstw nie funkcjonowało. Sięgnęłam do kieszonki po tranquillizer - połknęłam dwie tabletki. Nie wiem - ile, to trwało. Wiem natomiast, że zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam zakłócać spokoju tego miejsca swoją łodzią i samą sobą. 


 
Sześć metrów - tyle około mógł mierzyć osobnik, który znikł w odmętach brunatnej wody. Cisza dookoła a na brzegu wylegiwał się młody aligator, który wcale nie patrzył na mnie, jak na osobnika akceptowanego w tym środowisku.

Aligator przyglądał mi się z kilku metrów, wyczuwał doskonale, że jestem przypadkowo na jego terytorium, że zamierzałam tylko popływać po tym akwenie. Nie ukrywam, że liczyłam także na jakiś łup, który zabrałabym ze sobą jako trofeum wypadowe. Zbierałam już wiele przedmiotów - nawet prezerwatywy zapachowe i ekskluzywne inne gadżety z połowy świata. Jednak spotkanie z aligatorem, suwerenem na jego terytorium przy mojej pazerności na emocje - było zdecydowanie nieodpowiednim zachowaniem z mojej strony. Wiedziałam, że robię źle, że niepokoję system swoją płciowością. A woda bulgotała, jakby w wodzie było stado aligatorów - a feromony ze mnie parowały tak bardzo, że zleciało się stado moskitów - dobrze, że nie muchy - ale, o mało i do tego by doszło - bo, poczułam dyskomfort pod siedzeniem. 

Spokojny, a nawet stoicki aligator robił swoje - nie pokazywał się zbyt często - ale, nieustannie czułam jego obecność. Nie lubił zapewne agresorów na jego terenie. Nie ma co się dziwić - bo, nie wiele jest ludzi tak bardzo natrętnych, jak ja. To, przez wieczne poczucie rui. On też czuł, że jestem w trakcie okresu, kiedy nie panuję nad sobą. Najlepsze lata za mną - wtedy aligatory nie były mi w głowie i zwiedzanie - polowałam na młode kajmany. - Z aligatorem nie taka prosta sprawa - prawdziwy obserwator i wojownik o własne rewiry. Tym bardziej, że w jego zasięgu dostrzegłam wspaniałą samicę - pełną dostojności. Dopiero po jakimś czasie ją zauważyłam - wcześniej nie zwracała na siebie mojej uwagi. Poczułam się intruzem na całej linii. Nijak mi jednak było wracać bez żadnego trofeum. Podpłynęłam do łachy i wbiłam żerdź w piach. Łódź zatrzymała się na chwilę - nie mogłam w tym miejscu opuścić śruby napędowej ani uruchomić silnika. Postanowiłam przeczekać. Lekarstwo na uspokojenie zrobiło swoje. Normalnie w takiej sytuacji bez medycyny byłabym chyba martwa z wrażenia.

Aligatory oddaliły się od łachy i popłynęły pozostawiając za sobą smugę na wodzie - nadleciały muchy... co ja zrobiłam!

*fragment całości - objęty prawami autorskimi