W samym środku lata pchnęło mnie na portugalskie podboje - tam dopiero nabierałam wigoru i brązowego koloru. Lato - wszystko wydarzyć się może - i to lazurowe morze. Towarzyszył mi mój José - któremu nie sposób było odmawiać uciechy - chociażby, tylko dla tych podróży jachtem białym, jak śnieg na Kilimandżaro. - Właśnie - połączenie zimnych nocy i gorących dni - uwalniało we mnie emocje. Zapominałam kim jestem, kim byłam i kim będę - oddawałam się w całości chwili.
Nie traciłam nic - a zwłaszcza nie traciłam pieniędzy, których tak bardzo potrzebowałam na to nudne życie po powrocie. Dwa światy - tutaj, taka wolna i swobodna - nieznana nikomu, wyluzowana i szalona bez cugli. U siebie wśród sąsiadów, znajomych i rodziny - pokorna i cnotliwa - chociaż, wszyscy oni wiedzieli, że aniołkiem - to ja nie byłam i nie jestem.
A więc José, Neymar, Sancho i Marcos oraz Ema, Lucinda i Raquel - czyli, moi kompani w tej kampani letniego szalaństwa ruszyliśmy na wysepki - gdzie, zaszaleliśmy na tyle, że chwilami już nie wiedziałam - czy, to realne życie - czy, na pełnym odlocie. Trochę za dużo alkoholu, za dużo... Zdecydowanie powinnam uważać - bo, to nie opuchlizna - ale, nadmiar kalorii wylewa mi się z sukienki.
Operacja plastyczna - co prawda uratowała biust - ale, już biustonosze nie radzą sobie z jego nadmiarem. Ten chirurg chyba był mammafilistą - chociaż, kto go tam wie - bo, wyglądał na faceta o bardzo ograniczonym życiu z uwagi na nadmiar pracy. Być może, jako lekarz chirurg plastyczny był doskonały - ale, jako facet prywatnie - przemęczony i uciekał w relaks latania na motolotnii. Miał taką przed kliniką - widziałam, jak wzbijał się w przestworza - jak, jakiś ikar.
Wiatr wiał - włosy targał - a ja, jak Rose z Titanika - witałam bezkres oceanu. Szalone chwile dopełniały się wieczorami spędzanymi na jachcie zacumowanym w pobliżu wysepki.
Moi znajomi z upartością puszczali przeboje polskiej cycoliny robiącej karierę w niemieckim show biznesie - chociaż, nie w moim stylu - to, poddawałam się piosenkom. José wypił trochę za dużo wina - klapnął w kajucie, jak worek marynarski wypchany szmatami. Reszta towarzystwa bujała się na pokładzie rytmicznie. Byli upojeni atmosferą. Spadały ograniczenia - zatracały się granice rzeczywistości.
Wina nie brakowało - zaczynało brakować zdrowego rozsądku. Co, co oddalało na początku - teraz zbliżało. Pełen luzik. Chłopakom puszczały bariery. Sancho - pomimo siwizny na głowie nadal był marynarzem oceanów i mórzy. Wykrzykiwał z pokładu - jakby był Posejdonem a jacht przecinał fale.
Z upływem czasu, ubywało szampana i wina. Przybywało ochoty na zabawy pod pokładem. Rzuciłam kolejną butelkę po winie do oceanu - nie utonęła - wypełniona do polowy odpłynęła w kierunku brzegu. Rozpoczynał się przypływ - trzeba było uważać - bo, skał dookoła nie brakowało. Włączony silnik spalinowy skierował jacht w stronę przystani... czekałam na te chwile, jakie zaplanowałam w domku na skałkach nad samą plażą.
*fragment całości. Prawa autorskie zastrzeżone.




