2016/09/19

Człowiek z lasu


Lato było upalne, a ja nadal wierzyłam, że przede mną nowe wyzwania. Mąż kilka dni wcześniej wyjechał z synem i córką młodszą - na wakacje - na wieś do znajomych, którzy pomagali nam w utrzymaniu diety poza mieszczańskiej. - Rzeczywiście, robiliśmy u nich dość często zakupy różnego rodzaju żywności. Najbardziej smakowała wszystkim wiejska wędlina robiona co kilka tygodni. Wędzonki pachniały długo nawet po ich zjedzeniu. Oni, więc pojechali na północ - a ja zostałam sama. Postanowiłam coś robić. Studenci też mieli już wakacje. Nie było nikogo pod ręką, aby spakować plecak i ruszyć na przygodę.
 
Zatelefonowałam do kilku koleżanek - ale żadna nie miała czasu i ochoty na wyjazd w góry, które były od zawsze moją miłością naturalną. Patrzyłam na stary jeszcze licealny plecak - był w dobrej kondycji - może nawet lepszej niż ja sama. Ale, co tam - plecak można zapakować i wypakować - a ja nie mam takiej natury - mnie trzeba doładować tak, abym to nosiła w sobie wiele tygodni a nawet miesięcy. 

Mąż tego nie robił - a jak nawet udawało mu się coś zrobić w tym kierunku -  to, dostawałam torsji kilka dni.
 
Od północy chmury, od zachodu chmury - tylko południe było nadal bezchmurne. Patrzyłam z okien na wszystkie możliwe kierunki.
 
Co było długo rozmyślać. Zarzuciłam na siebie kurtkę, włożyłam buty wiązane za kostkę, spodnie dżinsowe, kilka ciuszków, kompas, przeciwdeszczówkę, kilka sucharów, papier toaletowy poskładany na płasko. Pociąg do Zakopanego miałam bezpośrednio - więc, nie liczyłam na nic - tylko pojechałam autobusem na dworzec - wiedząc, że pociąg mam za trzy godziny. Ale, tak ad hoc wyjazd jest podniecający. A nic mnie tak nie kręciło wtedy, jak niewiadoma. Szaleństwo było moim odbiciem lustrzanym. Zostało mi to po latach bycia nielubianą córką.
  
Ławka w poczekalni dworcowej zimna nawet w takie upały. Woda z saturatora i nic innego do picia. Dobrze, że zabrałam lemoniady dwie butelki.
 
Czytałam "Sto lat samotności" - pierwszy raz od początku do końca - tak mi się bynajmniej wydawało. 
Książkę dała mi matka w nagrodę za coś, czego dokładnie nie pamiętam.

Megafony zatrzeszczały charkliwym głosem. Zapowiedzieli, że pociąg pośpieszny wjedzie na peron pierwszy - a przecież jest tylko jeden taki peron dla pośpiesznych - dziwne to obyczaje na kolei. Spakowałam plecak dokładniej. Wyszło tego mniej niż się wydawało. 

Na peronie zebrało się może nawet setka ludzi a pociąg jechał powoli - zagwizdał, zatrąbił i wtaczał się prawym bokiem wzdłuż peronu. Odsunęłam się na jakieś dwa metry od krawędzi - mimo wszystko impet był spory a ja z natury bojaźliwa. - Oj, znów nie taka bojaźliwa. Facetów się nie bałam. - Oni mnie pociągali fizycznie. A im jakiś był odrobinę brązowy - to, nogi mi się uginały od podniecenia. Czarny, nie za wysoki - ale z zarostem. Nie wąsaty - ale, musiał mieć klatę zarośniętą i nogi proste.
 
Oby, do przedziału się dostać i oby, nie palili w korytarzu. Nie lubiłam nigdy palaczy - chociaż, paliłam od czasu od czasu ze studentami mojego męża - w ukryciu. 

Udało się. - Przedział jakby na mnie oczekiwał. Byłam pierwsza - za mną wsiadło małżeństwo bliskie emerytury i siwobrody - ale, nie stary mężczyzna o postawie drwala i wyglądzie osiłka. Dłonie miał duże, palce mięsiste - lustrowałam go - bo, siadł naprzeciw mnie. Przedstawił się wszystkim po imieniu - Jan jestem, człowiek z lasu - tak się określił. Człowiek z lasu - brzmiało tak, jakby był właśnie drwalem.
 
Może się myliłam - bo, buty miał eleganckie ze skóry a skarpetki dopasowane do koloru spodni - czyli, brązowe w dużą kratkę. Elegancki pan. Siedziałam i słuchałam, jak opowiadał o lesie, który wydawało się jest jego domem.
 
Czułam, że piersi mi twardnieją. W fantazji miałam tego "drwala" spotkanego na ścieżce lasu opodal Zakopanego. - W tym Zakopanem bywałam od kilku lat. Pensjonat dla artystów i ich rodzin - zawsze czekał na nas otwarty - nie było tłoku - co zamożniejsi wybierali jednak kwatery prywatne.
 
- Pociąg kołysał się na szynach. Cztery godziny jazdy przede mną pomyślałam. Postanowiłam zmrużyć oczy i odpoczywać. Drwal - bo, tak go sobie w myślach nazywałam - nadal opowiadał współpasażerom swoje opowieści, z których wyłaniał się obraz raczej naukowca niż drwala. To, mnie podniecało jeszcze bardziej. Założyłam nogę na nogę i objęłam się własnymi ramionami. W sumie - to, już wieczór. Planowany przyjazd na miejsce - to, około dwudziestej pierwszej piętnaście. 

Przysnęłam... - otworzyłam oczy i drwal nadal opowiadał.

c.d.n.