2017/08/25

Kronika przypadków i upadków miłosnych

Przeczytałam kilkanaście książek o kobietach traktujących rzeczywistość, jak hodowlę koni. Jakiś czas dostawałam po takiej lekturze torsji tak bolesnych, że czasem czytałam książki tylko na czczo i tylko przed południem. Kuzyn wpadał raz na miesiąc do mnie na obiad - wtedy gadaliśmy prawie do kolacji. - Pytał - dlaczego, nie jadam - a ja odpowiadałam, że jadam - ale, tylko obiady i podwieczorki - i to czasem za wiele - gdy, wpadam w wir czytania o tak nieprzyziemnych kwestiach. 

Hodowla koni, to zajęcie bardzo wyczerpujące - ale, już posiadanie stajni - nawet takiej małej z jednym ogierem albo dwoma lub trzema - według zapotrzebowania i sezonu oraz wygody - to, już całkiem przyjemna sytuacja. - Oddawałam się tej pasji poznawania środowiska dalekiego od feministycznego - tak bardzo, że dostrzegałam w sobie niesłabnące libido - jakbym takiego owsa pałaszowała między ogierami. Coś w tym jest - przecież klacze są zawsze zadbane i otoczone troską hodowców. 

Wrzuciłam już chyba piąty bieg - a nadal pociągała mnie jazda bez trzymanki. - Wybrałam się do teatru na spektakl traktujący o trójkącie w małżeństwie - takiej poliamorii. W rzeczywistości natrafiłam na tytuł spektaklu teatralnego przez przypadek - przeglądając miesięcznik artystyczny, w którym czasem pisałam o rodzinnej pasji ekspresjonizmu w malarstwie - oczywiście dla czytelników zagranicznych. Nie pamiętam już, jak zahaczyłam się do tego pisania - ale, to był przypadek i nawet w przyjemny sposób nawiązany. 

Analizując opowieści kilka lat starszych koleżanek - uznałam, że światem rządzi zasada stajni - jak, w nic innego przypominająca realny świat wyemancypowanych kobiet, które uwolniły się w XIX wieku od przemożnej dominacji mężczyzn. - Wtedy też prawdopodobnie wraz z nastaniem epoki fotografii - kobiety owładnęły, jak nigdy wcześniej wizualizację marzeń i fantazji męskich. Nigdy wcześniej nie było zapewne tak łatwo zrealizować mar i zjaw sennych oraz fantazji opartych o obraz. 

Małżeństwo zaliczyłam do nieudanych - ale, zaistniałych. Przybrałam od początku małżeństwa pozę i delektowałam się tylko historycznym przekazem roli kobiety w związku - co, mnie ograniczało i wyrywało ze mnie wszelkie siły witalne. 

Rozczytywałam się w periodykach, a tym czasem niepokoiło mnie zachowanie kilku sąsiadek, które zdecydowanie uganiały się nie za domowymi pieleszami - ale, znikały na całe wieczory i noce najpierw w kawiarniach, potem w kinie lub teatrze - a noce nie wiadomo gdzie spędzały - bo, do domu to one wracały przed południem dnia następnego. - Jedna z nich - ta Tereska z trzeciego piętra kamiennicy przy głównym deptaku - zaczepiła mnie chyba dwa tygodnie temu. - Spytała, jak się czuję w roli żony i matki. - Nie dziwiło mnie to jakoś. Miała na sobie kapelusz żywo wyjęty z epoki wiktoriańskiej. Zawsze ubrana w spódnicę i bluzki z fiżbinami, które uwydatniały biust tak ekspresywnie, że nawet mnie pobudzała a co dopiero męską część mijających ją przechodniów.

Zaproponowała mi weekendowy wypad do operetki w gronie jej przyjaciółek. - Była ode mnie starsza chyba z dziesięć lat. Popatrzyłam na nią i wyobraziłam sobie siebie w jej oczach. Widziała obraz nędzy i rozpaczy - mimo, że dbałam o siebie ile tylko mogłam. Jednak przy niej czułam się kopciuszkiem. - Zapytałam tylko, czy muszę się jakoś szczególnie ubrać lub przygotować. - Odpowiedziała z lekkim uśmiechem - ależ tak droga sąsiadko - będziemy miały towarzystwo przystojnych panów, którzy ekscytują się sztuką, operetką nadzwyczaj a do kina chadzają od niechcenia - bo, ciasno i często cuchnie nieświeżością. 

Wysprzątałam dom - zostawiłam margines bezpieczeństwa - oświadczając mężowi, który już zapominał, że jestem kobietą a traktował mnie bardziej jako gosposię potrzebującą na przeżycie - że, sąsiadka zaproponowała mi wieczór spędzony w gronie "gospodyń domowych".



Ponad trzy godziny, dwa antrakty - tyle bowiem trwa "Baron Cygański" Johanna Straussa - jakże pożądana chwila oderwania się od rzeczywistości. Libretto według opowiadania Maurycego Jokaya "Saffi", jakie otrzymałam od sąsiadki było pochłaniające tak bardzo, że postanowiłam porządnie się przygotować - zaszalałam nawet i poszłam na całość. Od bielizny po suknię w stylu epokowym tak bardzo, że chyba zatkało dech moim sąsiadkom. Wydałam trochę pieniędzy - ale wiedziałam, że nie mogę stracić takiej okazji. Zapowiadałam sama sobie niepowtarzalne wrażenia - tego wieczoru - a wiedziałam już, że nie wrócimy do domu na noc - więc, tym bardziej. 

Jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka dokładnie - ale, zdradziłam Teresce moje ostatnie pasje do lektury i jej tematykę. Nawet przybrała uśmiech od ucha do ucha - takiego tętniącego wyzwaniami.

Wróciłam późnym wieczorem w niedzielę... po tygodniu. Nie wszystko pamiętam. Jednak pamiętam więcej chyba sprzed operetki niż z tego, co działo się przez cały tydzień. - Wróciłam do innego już świata. Hodowla ogierów stała się moją pierwszą pasją. 

*fragment całości - powieści w trzech tomach - prawa autorskie zastrzeżone


Poddupniki w łodzi

W lipcu, jak to w lipcu - gorąco niemiłosiernie. Paweł pojechał na kolejne szkolenie. Już nie wyrabiam z tymi jego szkoleniami co weekend. Pracuje od wtorku do piątku - ale, od kwartału każdy weekend porywają go jacyś specjaliści od budowania marki. - Tak, jakby marka była ważniejsza ode mnie. - Paweł na szkoleniu pod Włocławkiem a ja sama nad jeziorem. Łódź bez wioseł - nawet pozbyłam się na ten weekend parasola i silnika. Przycumowałam na łódź do nabrzeża dosłownie dwie minuty od żaglowni. Pomost blisko - widoki interesujące ale spokojnie - turystów wywiało nad morze oraz w Tatry. Miałam pojechać i ja w góry - ale, zabrakło tym czasem czasu - przybywająca ilość pracy ogranicza mi od dwóch lat swobody. 



Paweł zaliczył doktorat. Nie wiem, jak to robi - ale, on nie uczy się wcale a nawet wydaje mi się, że ktoś mu to załatwia. Jego układy, jego życie. Ja jestem tylko dodatkiem do wszystkiego - chociaż, to jego pogląd. - Ja uznałam, że to on jest dodatkiem do mojego życia - przecież nie jest pierwszy i nie jest ostatni. - Zapewne znajdzie sobie piękną pannę z doktoratem i razem podbiją swój świat nauki. Nie zazdroszczę takim młodym pannom - są jak głupie gęsi - nie potrafią docenić zmęczonego młodego mężczyzny - wyssałyby takiego, jak pestkę z czereśni. - Młode i wymagające - zwracają uwagę na wszystko - tylko nie na czas wolny. Ich czas wolny jest spaniem między jednym a drugim szkoleniem. A te szkolenia, och - te ich szkolenia, te bankiety, te wieczorki zapoznawcze.

Ja, tym czasem doskonaliłam łódź - dostałam od kombajnisty z okolicy - dwa krzesełka obracane. Wymontował je z jakiej maszymy rolniczej. Metalowe - ale, ładnie pomalowane i te siedziska wyprofilowane - plastikowe co prawda - ale, to przecież w sam raz na moją łódź.  

Takie dwa poddupniki w łodzi - wygląda teraz tak, jak wojskowa amfibia. Wojskowa - ach, to wojsko - gdybym tylko mogła - to, przyciągnęłabym tutaj cały pluton żołnierzy - aby, skakali z tego pomostu do wody - a ja bym patrzyła i tak patrzyła - a oni by skakali i nurkowali - podpływali i zagadywali - a ja bym ich odpędzała dogadywaniem - a oni by skamlali. 

Do żaglowni miałam klucz... a tam piwo w lodówce. Trzy wareckie - na cały weekend. Chyba, że jednak trafi się wieczorem jakieś towarzystwo. - Ostatniego wieczoru komarulce kąsały mnie w siedzisko - jakby wyczuwały, że jeszcze we mnie krąży gorąca krew. 

Osiemnasta. Cisza - ale, co jakiś czas mija mnie samotny wędkarz - uśmiechnie się taki i idzie dałej - moczyć kija. - Odczekam tak do zmroku - podejdę, zagadam, piwem poczęstuję - fajnie, jak chociaż jeden zaplanował nocne moczenie kija. 

c.d.n. 

*fragment całości - objęty prawami autorskimi