2016/09/30

Na weselisko

Sześć lat minęło od weekendu, który spędziłam na zabawie weselnej. Dość długo - patrząc na czasy i domniemanie przyjaciół, jakich sobie gromadziłam hurtowo na wszelkie sposoby. To zły znak - taka masa przyjaciół, że jakąś partię mogłabym założyć albo stowarzyszenia - nawet fundację - a ja sześć lat nie byłam na weselu. 


Sobota, godzina jedenasta szesnaście - jestem w negliżu i oglądam swoje udziska, których nikt nie ściska. - Cholera - pomyślałam, co ja robię ze swoim życiem - przecież mogłam żyć tak, jak moje koleżanki, których mężowie urzędnikami byli, w bankach pracowali - dziewczyny bywały na balach, bankietach, rautach, wczasach w luksusowych ośrodkach. A ja, siedziałam i czekałam - aż, ktoś zaprosi mnie na wesele. Sama, znów sama. Pan i książę - ma swoje plany - powiedział, że wrósł z wesel już dawno. Pewnie ostatni raz był na weselu naszym wspólnym - całą wieczność temu.

Oglądałam sukienkę - byłam w niej już gdzieś - ale, przecież tylko raz i to wszystko. - Pasuje w sam raz i do mojej figury - też do okazji - taka kloszowa, szeroka, taneczna. W sumie wszystko mam, co chciałabym włożyć. Nawet korale mam pasujące do sukni. Buty zamszowe - jasne z klamerką.

Bielizny zabieram cztery komplety - nie wiadomo, jak to noc się potoczy a nad ranem może różnie być przecież. - Wesele w zajeździe z pokojami gościnnymi. Pojadę z przyjaciółmi ich limuzyną - obiecali zabrać mnie w obie strony. Ich jest dwoje a ja sama. Obiecałam przyjaciółce, że nie zmarnuję tej okazji - ale, że wrócę razem z nimi w niedzielę na noc do domu.

Skrzyżowałam nogi. Poczułam się skrępowana sama przed sobą. Coś niesłychanego - pierwszy chyba raz poczułam takie uczucie zażenowania wobec samej siebie.

Jeszcze perfumy do torebki, plastry na ewentualne urazy stóp, waciki do makijażu, tonik, mleczko, fluid, paleta i pędzelki.

Biżuteria. Właśnie - zamiast obrączki - postanowiłam włożyć dwa dodatkowe pierścionki. W sam raz przykrywają dokładnie ślad po obrączce. Tą nosiłam regularnie dla oka przed dziećmi i rodziną - przecież byłam im to winna.

Jedziemy. Krzysiek prowadzi a ja z Zosią siedzę na tylnej kanapie. Zośka, ta cholernica tylko się uśmiecha i nic nie mówi. Kanapa służyła jej i mnie w poprzednie wakacje nad jeziorem w bardzo przyjemny sposób. Krzyśka nie było - obie miałyśmy na dancingu farta i przykleili się do nas bliźniacy - tacy jacyś - szybko o tym zapomniałam - aż do teraz, gdy Zośka poklepała zagłówek dłonią tak, jakby chciała mi przywołać tamten wieczór.

Krzysiek ani mruknął - on dobrze prowadził - ale, swoje wiedział - z Zosią żyli jak stare dobre małżeństwo - łączył ich biznes i dzieci a reszta to tylko pozory- Oboje miewali kochanków. Tak teraz pomyślałam, że przecież to tylko życie - nie wiele różnili się ode mnie - mieli tylko kasę, której mi brakowało ciągle jakoś - pomimo tylu zabiegów i prób zmiany tego stanu.

Godzina jazdy za nami, jeszcze pół około i będziemy na miejscu. Gadałyśmy o wszystkim i niczym - Zośka podkręcała się przed weselem a Krzysiek puszczał weselną muzę w kompaktu dając głośniki na full. Lubiłam tą piosenkę - chociaż kojarzyła mi się ze wsią a ja ze wsi lubiłam tylko stodołę i siano. Sypianie na sianie - to lata licealne, kiedy jeździłam z koleżanką i jej bratem do ich babci - a tam stodoła pachnąca sianem i końmi. Konie stały w stajni obok - ale, ich zapach przenosił się do stodoły ogrzewanej słońcem i właśnie sianem w sąsieku pamiętającym nie jedno zapewne nocowanie i spanie do piania kogutów i nas licealistów i maturzystów traktujących stodołę, jak hotel pod gwiazdami.

Nie wiecie czym jest sąsiek? No, tak - wielu z nas nie wie - więc wam podpowiem - bo, warto nie tylko wiedzieć - ale, spędzić chociaż raz gorącą noc w sąsieku.

Krzysiek nie ustawał w disco-polowych nagraniach - w końcu jechaliśmy na weselisko a nie wesele - jak się bawić - to, nie przy Depeche Mode.

Wpadałam w pewien trans a Krzysiek wiedział, że tak mnie podkręci i to, że jadę sama na wesele przestanie być problemem. "Wspomnień czar" - to piosenka, którą przeżyłam raz a porządnie. Proste rytmy a sukienka wiruje i nogi się plączą. Po dwóch godzinach i tak wszyscy zaczną mieć humorek po kilku głębszych.

Otworzyłam okno - klimatyzator wyłączony - było ciepło a mnie potrzebny był wiatr we włosy. Jechałam z nimi a wspominałam samotnie - nawet Zosia nie zauważała, że odpływam na tej kanapie wspominając tamten wieczór na tej kanapie.

A skoro o wspominaniu, to przypomniało mi się "Ostatnie takie trio" - film, który oglądałam na DKF-ie podczas pierwszego roku studiów - jakże przypominało mi to moje - co prawda miejskie wesele - ale pełne akcentów podmiejskich a nawet mocno wiejskich.

Jesteśmy na miejscu - zajazd znałam od kilku lat - byłam tutaj na obiedzie kilka lat temu. Pozmieniało się sporo - przybyło zieleni. Rzeka Warta płynąca dosłownie kilkadziesiąt metrów od posesji zajazdu Mazurek - szumiała na kaskadach. Marzyłam o pokoju z widokiem na rzekę - nawet powiedziałam Zośce, aby porozmawiała z gospodarzami wesela o tym. Pewnie - bo, my też chcemy mieć pokój z widokiem na Wartę. To mnie połaskotało - oni i ja w jednym pokoju. - Och - precz kudłate myśli...!

*fragment całości - objęty prawami autorskimi

  

2016/09/28

Nie wiedziałam, że lubię cza-czę

Nie wiedziałam, że Lady Pank wyśpiewa mi tyle mojego życiorysu - przecież, był to dopiero rok 1985 - czyli, dopiero życie miało otwierać się przede mną a już było tak skomplikowane na przyszłość. To, prawda - bawiłam się i tańczyłam - tego zaliczyłam, tamtego zaliczyłam - rozpoczynałam i zaraz kończyłam. Wszystko wydawało mi się zabawą.


Po latach zaczęłam pojmować, że nie można mieć wszystkiego, że nie odda mi duszy ten, kto należy do kogo innego.
 
W roku 1985 - było inaczej - pasłam swoje owieczki fantazji na polanie wyobraźni. Wyobraźnia się skończyła w sumie szybko a ja zostałam z ręką w nocniku. 

W sumie był już XXI wiek - a we mnie drzemała ta nastolatka tuż po maturze, którą zaliczyłam ustnie lepiej niż pisemnie - ale, ustny zawsze wychodzi mi lepiej. Pisanie nadal sprawia mi problemy a zwłaszcza składnia i gramatyka. Co, innego ustnie - to uwielbiam - werbalnie czuję się wciąż nienasycona. Mogłabym wiecznie i wiecznie - aby, tylko usta się nie zamykał. 

"To wszystko, co dziś możesz mieć..." słowa piosenki pasują mi do mojej sytuacji - na więcej już liczyć nie mogę a dla świętego spokoju pewnego dnia zaszyję się gdzieś w okolicy i zatańczę sobie czasem cza-czę - bo kto, jak kto ale Andrzej Rosiewicz wyczuł mnie chyba na odległość.

Krojenie cebuli

Odkąd pamiętam - krojenie cebuli sprawiało mi ból - ale, zawsze przychodziło do momentu, kiedy do czegoś potrzebna była cebula pokrojona w drobniutko - wtedy byłam niezastąpiona. Tak, też nabrałam wprawy i odporności - nawet jedna łezka nie pociekła mi z oczu. Kiedyś było inaczej. Zapałki w ustach, gogle na oczach, mokra ściereczka na głowie a nawet wiatraczek gdzieś z tyłu - aby, tylko nie płakać przy krojeniu cebuli. 


Jakiś czas temu wpadłam na pomysł robienia złośliwości tym, którzy nie pasują do mojego schematu życia. Taką osobą była teściowa - bo, teść był nawet znośny. - Gdy, tylko teściowa zrobiła zapowiedź wizyty u kochanego synalka, czyli mojego męża - od razu wpadałam w szaleńczy nastrój zionący cebulowym odorem. Ja w sumie nawet lubię cebulę a zwłaszcza taką zeszkloną na masełku - jednak tylko ja w tym domu pełnym kontrastów. - Córka nie tylko nie lubiła - ale, nawet wzdrygała się na myśl o zjedzeniu czegoś z cebulą. - To, właśnie ona była tym ogniwem łączącym mnie z teściową najbardziej - bo, babcia wnusię kochała bardziej niż nas wszystkich razem wziętych. 

Obrałam siedem dorodnych białych cebul i trzy czerwone. Wszystkie szły pod nóż. Siekanie cebuli nożem jest najkorzystniejsze dla pozostawienia jej smaku - tak mi powiedział przyjaciel kucharz z pobliskiej restauracji. Nie jakaś maszynka, jakieś szatkownice i temu podobne urządzenia. 

Teściowa nigdy nie przyszła wcześniej na proszony obiad niż kwadrans przed czasem. Taka sobie cwana istotka, która nie tylko wygodami żyła - ale, dokuczaniem mi na każdym kroku. Po pierwsze przychodziła zawsze wyperfumowana tak bardzo, że w naszym skromnym mieszkaniu nie pozostawało nic neutralnego - aby, uciec od jej zapachu. Nawet kilka godzin po wyjściu - wszędzie było pełno jej obecności. Ohydne było to, że potrafiła położyć się niby to z powodu migreny na naszą wersalkę, która pełniła wiele lat funkcję łoża małżeńskiego - ale, nie tylko - bo, przecież to na tej wersalce pierwszy raz zdradziłam męża. Chyba, oba te wizerunki wersalki gryzły się w mojej wyobraźni. Na jedno emocjonujące wspomnienia chwil uniesienia a na drugie beznadziejne skojarzenia z teściową. Nie było na to rady - wersalka musiała pozostać - bo, dość wygodna i ładna a kupiona na wiele lat w sklepie z niemieckimi meblami.

Po drugie - nigdy nie została do kolacji - chociażby, aby pomóc posprzątać po wystawnym obiedzie. Zmywarka nie załatwiała wszystkiego a moje paznokcie cierpiały na zmywaniu najbardziej.

Cebuli ubywało. Siekałam w kosteczkę najpierw białą a potem czerwoną - każdą oddzielnie wkładając do ceramicznych miseczek, gdyż tylko takie nie pochłaniały trudnego do pozbycia się zapachu cebuli. Czerwona jest łagodniejsza, ale barwi wszystko dość mocno - więc, była w czerwonej miseczce, biała w białej, 

O mało nie sieknęłam sobie paznokcia. Noże ostrzy mi rzeźnik - więc, są zawsze jak brzytwa. To, on także przynosi mi mięso na obiady raz w tygodniu. Z nim nie mam uregulowanych kilka takich transakcji. Przyniósł sporo cielęciny i wołowiny - a ja nie miałam tyle pieniędzy - powiedział, że jakoś się przecież policzymy. No, tak - jakoś - tylko, jakoś nie miałam odwagi mu powiedzieć - jak, możemy się policzyć. Długo się nad tym zastanawiałam - ale, w końcu trzeba będzie albo zapłacić około trzysta złotych albo... - o tym także myślę od kilku dni - bo, to miły facet i taki wielki - a ja lubię facetów postawnych - rzeźnik ma jeszcze takie wielkie dłonie i mięsiste palce. Wiele mi to podsuwało w wyobraźni. Teraz skupić się muszę na tym, aby nie poobcinać sobie palców tym nożem naostrzonym przez rzeźnika. 

*fragment całości - chroniony prawami autorskimi 

Nowe futro

W końcu się udało - pierwszy raz od piętnastu lat od stanięcia na ślubnym kobiercu - mój luby zarobił pieniądze, które pozwoliły mu na odrobinę szaleństwa. - Jak nigdy wcześniej wziął mnie na zakupy do wytwornych salonów miasta, w którym produkcja odzieży i wszystkiego do ubrania była powszechna na tyle, że trudno było określić - czy, jest to miasto producentów a może handlowców. - Jakby nie pisać i nie mówić - poczułam się doceniona za wszystkie lata wyrzeczeń. Dostał jakieś stypendium dla artystów, albo coś takiego - nigdy nie pojmowałam jego świata finansów - i zawsze byłam skazana na własną inwencję w "pozyskaniu" kapitału na lepsze życie niż gwarantował mi mój mąż.




Powiedział - dzisiaj spełnię twoje marzenie jedno o ciuchu. - Podskoczyłam do góry. Wiedział, że go zdradzałam, wiedział także o tym, że nawet - jak, go nie zdradzałam - to, nie byłam mu wierna duchem - bo, ciągle lawirowałam w świecie fantazji.
 
Ale, dobrze. - Stanęliśmy na schodach salonu z paltami i futrami. Palto? Bywają ładne - jedno mam - co, prawda kilka lat w nich się toczę od spotkania do spotkania - dobrze, że trafiam na ludzi, którzy mnie nie znają - bo, wtedy mogę spokojnie udawać, że dostałam paltko w prezencie miesiąc temu. - Schody prowadziły na piętro - a tam, oczom nie dowierzałam - prawdziwe futra. Było piękne panterkowe - ale, chyba nie z pantery - tylko czegoś podobnego. Nie stać mnie było na futro markowe i drogie - na tanie polowałam od dawna. Hiena ze mnie - bo, mąż określił wysokość mojego budżetu na zakupy na sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych. Za tyle - to, mogłam kupić używaną wołgę albo forda - a on postanowił wydać na mnie tyle kasy. - Wietrzyłam w tym jakiś podstęp - jestem nieufna i przebiegła - ale, czasem gubię się w swoich zapalczywych marzeniach.

Zakładałam futro w przymierzalni i przestraszyłam się własnych myśli - ja, futro i moja łódź bez wioseł. - Nie pasowało mi to wszystko do siebie. Albo pozostaję sobą, albo kreuję się na damę - ale, z tą kreacją bywa różnie. - Wydawało mi się. że ciągle mnie widzą moi znajomi źle ubraną - jak, tutaj się ubrać lepiej, gdy blok to nie jest miejsce na wolną miłość a co dopiero na futra.

Jedno futro, drugie i tak kilka po kolei. - Pamiętam, jak około rok wcześniej bojkotowali ten sklep grupy obrońców zwierząt. Anna i jej koleżanki robiły na tym swoje kokosy - bojkot był planowany i ustawiony na to, że właściciele sklepów wypłacali spore "odczepne" - aby, tylko nie manifestować przed ich sklepami. 

Dlatego, chwilami czułam się w sklepie z futrami jakoś nie bardzo u siebie. No - ale, sprawa się rypła i futro mogę mieć. Modne były szynszylowe i takie sobie sprawiłam - chociaż, podobało mi się także futro z hieny - pasowałoby mi do wszystkiego.


c.d. w opracowaniu do całości.

2016/09/27

Koniec sezonu na łodzi

Wrześniowe lato - to, lato porządków. Usiadłam ostatni raz w łodzi bez wioseł - czas na wyciągnięcie jej do żaglowni i konserwację spodu. Wierzch nadal jakoś wygląda. Kilka zabiegów konserwatorskich, szpachli trochę i silikonu - a kolejny sezon jeszcze się popływa.




Pomosty obsiadują już tylko ptaki, które witają albo żegnają moją okolicę. Wracam tutaj każdego końca lata. - Powiew wiatru od jeziora przypomina mi, że nadchodzą smutne dni pełne tęsknoty za latem. - Najchętniej poleciałabym na południe z bocianami - ale, mam tyle pracy, że nie sposób sobie pozwolić na jesienne szaleństwa. 

Saper - ten od żaglowni - powiedział mi, że jeszcze dwa tygodnie i zamykają pochylnię i ośrodek. - Umyłam dłonie schodząc z pomostu - wciąganie łodzi nie jest trudne - bo, liny pomagają a bloczek ułatwia nawet kobiecie ciągnięcie takiego ciężaru. Pociągnęłam kilka razy korbą i po pochylni wślizgnęła się łupina. - Czemu nie mam wioseł? Sama nie wiem. Zawsze pływam z prądem - biorę tylko długą cumę - z falami bujam się na wietrze.

Napisałam na piasku kilka znaków. To, już rok 1988. Ostatnia zima była mroźna i śnieżna. Jezioro było pokryte lodem do połowy maja. Saper w maju pomagał mi wyciągać łódź z żaglowni. Wtedy poszliśmy wieczorem do restauracji i były tańce. Takie, jakieś wczesne wczasowiczki i kilku dziadków. Było przyjemnie, Saper ubrał się jak na wesele a ja byłam w spodniach i koszuli w kratkę z flaneli.

Porobiłam kilka zdjęć - wywołam klisze za kilka dni i popatrzę, co prezentują a co ukrywają - czasem na zdjęciach widać więcej niż w rzeczywistości. - Kiedyś, wypatrzyłam na dużym powiększeniu zdjęciasprzed wielu lat - postać, której na pewno nie widziałam i której na pewno nie było, gdy robiłam zdjęcie. - Dziwne. - Czytałam o takich przypadkach książkę ukazującą życie i to, co jest po życiu. Być może sfotografowałam zbłąkaną duszę na skraju lasu.

Plandeka okrywała szczelnie moją łódź, a Saper krzątał się po terenie wyszukując nie wiadomo czego. Dziwny facet. Czasem miałam uczucie, że ma na mnie ochotę - ale, powstrzymywało go to, że byłam taka otwarta na świat i ludzi, a on taki tajemniczy żeglarz mający pojęcie o wszystkim, co było związane z wodą i wiatrem.

Czasem, gdy przyjeżdżałam popływać łodzią - Saper lornetkował okolicę wypatrując kłusowników na jego terenie. Nie lubił dzielić się niczym a zwłaszcza węgorzami, które miały jakby tylko dla siebie. Chyba był to rok 1985 - kiedy, po zakończeniu sezonu - tak, jak teraz - ofiarował mi dosłownie chyba z trzydzieści wędzonych węgorzy. Zabrałam je do domu a tam ucztowałam - bo, nikt poza mną nie lubił jadać ryb. A ja jadłam - te węgorze tak mi przypominały te chwile nad jeziorem, wiły się a ja je łapałam w dłonie - śliskie cholernie - ale, takie smaczne. - Kojarzyły mi się niegrzecznie - tym razem obyło się tylko na skojarzeniach.

Saper wiedział sporo o mnie, bywałam tutaj od jakiegoś czasu - samotna - ale, taka już moja natura - wiem, że nikt nie widzi i nie słyszy a ja, jak człowiek zza innego świata pojawiam się prawie anonimowo i znikam.

Saper właśnie oznajmił, że jeszcze około godzinę zajmie mu porządkowanie, a na koniec sezonu zaprasza mnie na spóźniony obiad i lampkę wina.

- To, ja pozbierałam wszystko, co miałam, plecak i torbę z rzeczami podręcznymi. Ośrodek przestawał tętnić życiem. - Spoglądałam na lustro wody i wzbierała mnie nostalgia, że to wszystko zostanie wkrótce skute lodem i pokryte śniegiem. - Nigdy tutaj nie byłam zimą - może szkoda. Ośrodek jednak zimą jest nieczynny, Saper wyjeżdża do swojego rodzinnego domu, gdzie żona i dzieci czekają - aż jego sezon nad jeziorem się zakończy - pięć miesięcy pracuje a siedem kombinuje - ale, chyba dobrze mu się powodzi - bo, zaczynał tak, jak ja z łodzi a ma jacht i swoje miejsce przy kei.

Trzynaście kilogramów zrzuciłam w ciągu jednego sezonu - ale, uganiałam się za tym, co lubię najbardziej i dostałam to, czego potrzebowałam. Teraz syta - ale, szczuplejsza wracam do swojej pracy i rytmu dnia, którego nie lubiłam nigdy - lecz, jest on moją konieczną ostoją - innej nie potrafiłam sobie poukładać szczęśliwie.


*fragment całości - chroniony prawami autorskimi

2016/09/23

Wiadro i ocean


Przez okna nie widać świata - ulewa zaciera granice przestrzeni. Poczułam się jak wiadro wcale nie służącego do noszenia wody. Używana jak ściek, jak ocean, w którym walenie dokonują prokreacji - pełno było we mnie tej nieczystej myśli i ogłupiającej pustki. - Pogrążałam się w niebycie. Niebyt kojarzy się wam z... a mnie kojarzył się zawsze z pustką. Nie potrafiłam nigdy w swoim życiu pozbierać wszystkich sil, aby żyć - ciągle przepełniał mnie jad nienawiści do kogoś. - Pierwszym był ojciec - ten sukinsyn nie dość, że zdradzał matkę - to, jeszcze na domiar przeklinał moje życie, jakbym mu krzywdę nie wiem jaką robiła. A to matka a nie ja - zawiniła. To, ona pozwalała ojcu na zdradzanie jej - bo, ona lubiła całkiem poważnie inne zabawy i nie koniecznie z facetami. Uciekałam od tego świata zepsucia i zgnilizny - a syndrom wychodka prześladuje mnie do dzisiaj. Czuję się wychodkiem. Ohydne spojrzenie na tych wszystkich przychodzących w "odwiedziny" i znikających po chwili z mojego życia. - Czy, to moja wina, że potrafię jedynie przyjmować - a nie potrafię dawać nic od siebie? - Taka natura.

W jakimś programie telewizyjnym popularnego kanału o naturze i geografii widziałam scenę, jak płetwonurkowie filmowali walenie na pełnym oceanie. Niesamowite ujęcia życia i życia. Człowiek i jego sprzęty: statek, pontony, kamery, butle z gazami do nurkowania itd. - a naprzeciwko tego - wielkie walenie nie przejmujący się obecnością ludzi. Być może, dla nich ludzie są takim samym zjawiskiem, jak dla ludzi UFO - czasem widują, ale nie koniecznie pojmują czym jest Nowy Jork, czy Hong Kong - ale obcują przez chwilę z "inną" cywilizacją. Przecież, taki waleń nie ma pojęcia o przepisach ruchu drogowego, albo kiszeniu ogórków - a żyje na planecie Ziemia w czasie równoległym z ludźmi. 

Tak, może być też ze mną - oglądam świat patrząc na wszystko przez pryzmat niezrozumienia - a to, rodzi niechęć i nienawiść do wszystkiego, co jest dla mnie obce i niepojęte. Świat równoległy może być przepiękny - ale, poza moim zasięgiem. Nie pojmuję tego innego świata. 

Scena, kiedy dochodzi do kopulacji tych ogromnych ssaków i te zmętniałe okolice wokół nich napełnione spermą samca. Niesamowite ujęcia i ta atmosfera, kiedy płetwonurek przedziera się przez miliardy plemników - aby, dotrzeć do strefy, gdzie kamera może normalnie nagrywać piękno tych olbrzymów w akcie miłosnym. 

Zazdrościłam wszystkim zdolności kochania. Mając dość dobrą linię edukacji - nie dotrzymałam kroku mi podobnym i osiadłam na laurach - mając świadomość, że nie nadaję się do świata inteligencji - bo, tkwił we mnie pierwotny instynkt samicy. Niespełnione marzenia o posiadaniu córek, które wychowywałabym zupełnie inaczej - niż moja matka mnie. Tak, tego mi brakuje do dzisiaj. Nigdy nie potrafiłam być matką dla syna. Córka, natomiast wdała się w ojca i wolała z nim spędzać cały wolny czas. Dwie córki, a nawet trzy - zawsze chociaż jedna byłaby mi przyjaciółką. - Oni, teraz byli razem we trójkę na wyciecze trzydniowej w moich górach. A ja musiałam zostać - ja, ich nie interesuję. To, wszystko wina męża - on, nie tylko mnie beszta, jak szmatę - ale, odbiera mi tlen. 

Chcę być oceanem, aby walenie pławiły się we mnie wypełniając swoje życie miłością ssaka do ssaka, samicy do samca - nawet pokusiła mnie myśl - samicy do samicy - ale, to dawna przeszłość i nie wracam do tego. Ocea wspomnień jest zbyt ogromny, aby pławić się tylko w nich. Mam za oknami deszcz i pełno wody. - Dobrze, że jutro już czwartek. Wrócą domownicy i będzie ruch w domu. Samotność sprawia, że ściany pomalowane na czekoladowo stają się nie do zniesienia. Muszę pomalować je na inny kolor. - Nie! Kupię sobie tapetę - fototapetę i będę pławiła się w lawendzie.

Mój ocean lawendowy. Odkąd poznałam urok wolności w tym, co robię, czyli moje spełnione fantazje - ocean brudzony jak wiadro - stawał się ucieczką od rzeczywistości i czterech ścian, w których porzucał mnie mąż z dziećmi. Byłam skazana na siebie - ale, potrafię sobie radzić - od tego mam niepohamowany temperament, aby cieszyć się waleniami i płetwonurkami. 


c.d.n. 

*fragment całości, kopiowanie i publikowanie jest naruszeniem praw autorskich.

2016/09/22

Paranoja jest goła


Siedziałam kilka dni w domu bez specjalnego powodu. Porobiłam porządki, wyciągnęłam z szafy stare ubrania robiąc selekcję - co, jeszcze się nadawało - zostawiałam - a to, co nie - pakowałam do worka papierowego - worki przynosiłam z paczkarni - pakowałam w nie wszystko, co mogłam oddać ubogim krewniakom. - Ja, nie wyrzucałam niczego, moje ubrania miały wartość nie tyle rynkową - co sentymentalną. - Kupowane na bazarach Europy ciuchy - zakładałam na specjalne okazje i przypominały mi chwile spędzone zgodnie z moim ego. - Przeważały zwiewne sukienki sprzyjające wyobraźni męskiej na więcej - aniżeli, mogłam odsłonić publicznie. 

Buty mnie rozśmieszały - miałam kilkanaście par obuwia różnego - teraz - gdy, to przeglądałam - zastanawiałam się, jak ja mogłam coś takiego kupić, albo w tym chodzić. Ogólnie z uwagi na problemy zdrowotne ze stopami - nosiłam buty na płaskich spodach - chociaż, czasem wkładałam nawet szpilki - ale, tylko na specjalne okazje i tylko do sukienek. Nie tańczyłam w szpilkach dobrze - więc, szpilki stanowiły tyko dodatek do galerii butów. 

Tak, kilka dni spędziłam grzebiąc w szafie, szafkach i walizkach poukrywanych - a to, za zasłonką, a to na szafie, lub postawione w kącie. - Gdy, goście czasem pytali - "masz, może gościa?" - czasem odpowiadałam, że przyjechała ciocia z Ameryki - ironizując brak tylu pokoi i mebli do chowania ciuchów - ile, chciałabym mieć. 

W domu był tylko radio-magnetofon tranzystorowy "Jola 2", który dostałam jako prezent imieninowy na "prima aprilis" - na okrągło puszczałam sobie piosenkę "Paranoja jest goła" - wściekając się na siebie, że nie mam co na siebie włożyć - a wszystko przez to, że mąż wydawał krocie na swoje "hobby", które nie przynosiło żadnych realnych pieniędzy - a ja kombinowałam, jak mieć na wszystko - czyli: sukienki, buty, wyjazdy, podróże. Pomagała mi czasem matka - ale, nie wiele - ukrywałam to przez światem - bo, wstydziłam się samej siebie - a szczególnie przed koleżankami, które porobiły kariery i doktoraty - tymczasem ja - nawet męża doktora nie miałam. Ambicji we mnie nigdy nie brakowało. Ale to, co miały koleżanki - ja, zdobywałam w zupełnie inny sposób od niedawna przecież - bo, musiałam dojrzeć do pewnych doświadczeń życiowych. Fizyka nie była moją mocną stroną - ale, wiadomo, że... nie mydło i się nie wymydli - bynajmniej, tak powiadała matka, gdy ojczym mi dokuczał. 

Tranzystor charczał, ja powracałam do piosenki - kaseta magnetofonowa tylko była cofana - taka dziewięćdziesiątka - ale, piosenka trwała kilka minut zaledwie. Myślałam nad słowami piosenki - ciągle we mnie się gotowało, gdy rozmyślałam, że mogłam wyjść za mąż dużo później a jednocześnie za bogatego równolatka - może, moje życie nie byłoby pasmem poszukiwania ciągle nowego wyzwania. A wyzwania stały się moją pasją - zaczęłam oddawać się im teraz tak często, że było to moje ulubione "hobby". Jak, każde hobby traktowałam to, jak inwestycję a nie lokatę. Inwestowałam w siebie, w swoje fantazje i swoje jedynie spełnienia.

c.d.n.

2016/09/20

Klasa cała - a ja z klasą


Byłam już na wielu spotkaniach klasowych - ale, od kilku lat nie spotkałam tam nawet jednego kolegi, który w przeszłości wzbudzałby we mnie podniecenie. Byli tacy nijacy. Jako kobieta z klasą - bo, tak zawsze o sobie myślałam - postanowiłam obserwować. Nic mi tak dobrze nie wychodziło, jak obserwowanie i "łowienie". Tym razem spotkanie odbywało się w podmiejskim hotelu i zaplanowane było na cały weekend. Pasowało mi to - bo, miałam tyle wolnego czasu, że nic tylko jeździć na takie imprezy.
 
Sześć lat minęło od czasu, jak poprzez portal internetowy skrzyknęło się kilka osób. Warunek był jeden - przyjeżdżamy bez partnerów życiowych - aby, atmosfera była radosna i bez napięć. Wtedy byłam wściekła sama na siebie. Dwa dni i jedna noc - a ja, jak kukła - z nikim wieczorem nie wyszłam na spacer - a było ciepło i inni spacerowali sobie - nawet widziałam, jak się całowali - dawne sympatie. Było minęło. - To sześć lat temu. Od tego czasu i ja się zmieniłam. Zaczęłam chętniej zakładać bieliznę erotyczną - nawet idąc na korepetycje zakładałam koronkowe co nieco. Po tym, jak dzieci podrosły, mąż był w Stanach - a ja byłam wolna - zaczęłam w sobie rozpalać tą Grażkę sprzed wielu lat, gdy wtulona w poduszkę wysłuchiwałam jęczenia, stękania i mruczenia matki i ojczyma. - Cierpiałam katusze - noce miałam zawalone, a nie było do kogo zadzwonić. Spałam z ręcznikiem frotte - tak, to przeżywałam. - Czasem, rano chodziłam wściekła na matkę - ojczym wtedy mi dogadywał i był upierdliwy. Tak upierdliwy - obmacywał mnie przy byle okazji. Stary pryk ciągle się przystawiał do mnie. Byłam wściekła na niego. - Pamiętam, jak nasypałam mu soli do cukru i wymieszałam. Pił tak herbatę i kawę jakiś czas. Zrobiłam proporcje 8:2 - aby, za szybko nie skojarzył - powiadał do matki - coś ten cukier mało słodki ostatnio - i musiał słodzić więcej, a to powodowało, że herbata lub kawa była bardziej słona. Zorientował się po jakimś czasie - ale, ja zwaliłam to wszystko na sklepikarzy handlujących podrabianym cukrem. Załapał to kłamstwo bez zastrzeżeń - przeklinał nawet na sklepikarza.
 
Było minęło.

Impreza rozkręcała się w trybie błyskawicznym. Dawna przyzwoitka wszystkich koleżanek zaczęła "taniec pingwina na szkle" - weszła na parkiet i zaczęła coś między mambo a jive - trudno było na to patrzeć a jeszcze trudniej siedzieć z boku, jak ofiara losu nie chciana przez nawet nieudacznika.

Ale, koniec końców - to, moja impreza i to ja byłam szefową w klasie. Postanowiłam, że tym razem - to, ja a nie inna koleżanka - postawię imprezę na wyższych obrotach. Parkiet nie był moją mocną stroną - ale, od czego jest fantazja. Zaczęłam rozglądać się po sali. Faceci, którzy patrzyli na mnie - nie sprawiali na mnie żadnego wrażenia - byli jakby za starzy. Obsługę kateringową robili kelnerzy - jeden był w moim guście. Miał zapewne trzydzieści lat - nie więcej. Wysoki nie był - ale, opalony i dobrze zbudowany. Zlustrowałam jego wygląd, jak chodzi - spodnie miał dość opięte i widać było, że ma stringi męskie - z przodu przyrodzenie miał - jak napompowane. Nie umknęło to mojemu oku. 

Imprezy po latach mają sens - bez mężów i żon. Tak zakładałam. Ja, nie miałam z tym problemu. Mój mąż był w Stanach - dzieci natomiast samodzielne na tyle, aby zostawiać je w naszym mieszkaniu bez nadzoru. Nawet nie wiedzieli, gdzie jestem - powiedziałam, że jadę na szkolenie dla tłumaczy. 

c.d.n.

2016/09/19

Człowiek z lasu


Lato było upalne, a ja nadal wierzyłam, że przede mną nowe wyzwania. Mąż kilka dni wcześniej wyjechał z synem i córką młodszą - na wakacje - na wieś do znajomych, którzy pomagali nam w utrzymaniu diety poza mieszczańskiej. - Rzeczywiście, robiliśmy u nich dość często zakupy różnego rodzaju żywności. Najbardziej smakowała wszystkim wiejska wędlina robiona co kilka tygodni. Wędzonki pachniały długo nawet po ich zjedzeniu. Oni, więc pojechali na północ - a ja zostałam sama. Postanowiłam coś robić. Studenci też mieli już wakacje. Nie było nikogo pod ręką, aby spakować plecak i ruszyć na przygodę.
 
Zatelefonowałam do kilku koleżanek - ale żadna nie miała czasu i ochoty na wyjazd w góry, które były od zawsze moją miłością naturalną. Patrzyłam na stary jeszcze licealny plecak - był w dobrej kondycji - może nawet lepszej niż ja sama. Ale, co tam - plecak można zapakować i wypakować - a ja nie mam takiej natury - mnie trzeba doładować tak, abym to nosiła w sobie wiele tygodni a nawet miesięcy. 

Mąż tego nie robił - a jak nawet udawało mu się coś zrobić w tym kierunku -  to, dostawałam torsji kilka dni.
 
Od północy chmury, od zachodu chmury - tylko południe było nadal bezchmurne. Patrzyłam z okien na wszystkie możliwe kierunki.
 
Co było długo rozmyślać. Zarzuciłam na siebie kurtkę, włożyłam buty wiązane za kostkę, spodnie dżinsowe, kilka ciuszków, kompas, przeciwdeszczówkę, kilka sucharów, papier toaletowy poskładany na płasko. Pociąg do Zakopanego miałam bezpośrednio - więc, nie liczyłam na nic - tylko pojechałam autobusem na dworzec - wiedząc, że pociąg mam za trzy godziny. Ale, tak ad hoc wyjazd jest podniecający. A nic mnie tak nie kręciło wtedy, jak niewiadoma. Szaleństwo było moim odbiciem lustrzanym. Zostało mi to po latach bycia nielubianą córką.
  
Ławka w poczekalni dworcowej zimna nawet w takie upały. Woda z saturatora i nic innego do picia. Dobrze, że zabrałam lemoniady dwie butelki.
 
Czytałam "Sto lat samotności" - pierwszy raz od początku do końca - tak mi się bynajmniej wydawało. 
Książkę dała mi matka w nagrodę za coś, czego dokładnie nie pamiętam.

Megafony zatrzeszczały charkliwym głosem. Zapowiedzieli, że pociąg pośpieszny wjedzie na peron pierwszy - a przecież jest tylko jeden taki peron dla pośpiesznych - dziwne to obyczaje na kolei. Spakowałam plecak dokładniej. Wyszło tego mniej niż się wydawało. 

Na peronie zebrało się może nawet setka ludzi a pociąg jechał powoli - zagwizdał, zatrąbił i wtaczał się prawym bokiem wzdłuż peronu. Odsunęłam się na jakieś dwa metry od krawędzi - mimo wszystko impet był spory a ja z natury bojaźliwa. - Oj, znów nie taka bojaźliwa. Facetów się nie bałam. - Oni mnie pociągali fizycznie. A im jakiś był odrobinę brązowy - to, nogi mi się uginały od podniecenia. Czarny, nie za wysoki - ale z zarostem. Nie wąsaty - ale, musiał mieć klatę zarośniętą i nogi proste.
 
Oby, do przedziału się dostać i oby, nie palili w korytarzu. Nie lubiłam nigdy palaczy - chociaż, paliłam od czasu od czasu ze studentami mojego męża - w ukryciu. 

Udało się. - Przedział jakby na mnie oczekiwał. Byłam pierwsza - za mną wsiadło małżeństwo bliskie emerytury i siwobrody - ale, nie stary mężczyzna o postawie drwala i wyglądzie osiłka. Dłonie miał duże, palce mięsiste - lustrowałam go - bo, siadł naprzeciw mnie. Przedstawił się wszystkim po imieniu - Jan jestem, człowiek z lasu - tak się określił. Człowiek z lasu - brzmiało tak, jakby był właśnie drwalem.
 
Może się myliłam - bo, buty miał eleganckie ze skóry a skarpetki dopasowane do koloru spodni - czyli, brązowe w dużą kratkę. Elegancki pan. Siedziałam i słuchałam, jak opowiadał o lesie, który wydawało się jest jego domem.
 
Czułam, że piersi mi twardnieją. W fantazji miałam tego "drwala" spotkanego na ścieżce lasu opodal Zakopanego. - W tym Zakopanem bywałam od kilku lat. Pensjonat dla artystów i ich rodzin - zawsze czekał na nas otwarty - nie było tłoku - co zamożniejsi wybierali jednak kwatery prywatne.
 
- Pociąg kołysał się na szynach. Cztery godziny jazdy przede mną pomyślałam. Postanowiłam zmrużyć oczy i odpoczywać. Drwal - bo, tak go sobie w myślach nazywałam - nadal opowiadał współpasażerom swoje opowieści, z których wyłaniał się obraz raczej naukowca niż drwala. To, mnie podniecało jeszcze bardziej. Założyłam nogę na nogę i objęłam się własnymi ramionami. W sumie - to, już wieczór. Planowany przyjazd na miejsce - to, około dwudziestej pierwszej piętnaście. 

Przysnęłam... - otworzyłam oczy i drwal nadal opowiadał.

c.d.n. 

2016/09/14

Jak mysz pod miotłą

Pierwszy raz postanowiłam zdradzić męża bardzo wcześnie po tym, jak zmusili mnie do małżeństwa z nim, jako potencjalnym sztukmistrzem. Nie podobał mi się nigdy - ale, matka przymuszała mnie do tej znajomości - bo, więcej na tym miała korzyści niż ja sama. Podejrzewałam także to, że mają romans i ukrywali to skutecznie. Dziwiły mnie ich bliskie relacje, serdeczność i zuchwałe gesty.


Wracałam do domu, gdzie pachniało matką, ojczymem i moim mężem. Mieszkaliśmy przecież w swoim mieszkaniu a on ciągle przesiadywał u mojej matki i jej drugiego męża - majora Ludowego Wojska Polskiego na wcześniejszej emeryturze - wysokiej emeryturze - bo, był na misjach w kontyngentach UN. Niewypracowany buhaj - tak, o nim myślałam, gdy milił się do mnie swoimi gestami pełnymi grzesznych podtekstów. - Gdy, złapał mnie w kuchni - kiedy w pokoju jadalnym siedzieli goście - ważni goście trzeba dodać - dla niego ważni - nie mogłam nawet krzyknąć - bo, sparaliżował mnie strach. To, co zrobił było obrzydliwe - kiedy, tylko mnie uwolnił z uścisku - poczułam jakieś słodkie podniecenie. Mnie, a nie ją - nie moją matkę pożądał. Miałam dwadzieścia siedem lat a nadal byłam bardzo atrakcyjna. Dzieci nie mieliśmy - mój mąż nie całował mnie nawet - w łóżku bardziej mnie gwałcił niż... - szkoda opowiadać.

Wracałam do równowagi po tym, co przeżyłam w domu rodzinnym. Mąż skupił się na malowaniu obrazów na zamówienie - ja myślałam o dokończeniu studiów, które przerwałam, gdy... - w sumie nie wiem, czemu przerwałam.

Zabrałam się za szlifowanie dwóch języków obcych. Portugalskiego i angielskiego. Ten drugi miałam dobrze opanowany w teorii - gorzej mi wychodziło to w praktyce. Więc postanowiłam poszukać w środowisku uniwersyteckim - między przyjaciółmi mojego męża starszego o wiele lat docenta i nauczyciela akademickiego. Zaczęłam bywać na jego uczelni. Dziwił się nagłym zainteresowaniem z mojej strony rzeźbą i aktami malowanymi przez jego studentów. A mnie to podniecało. Każda wizyta w pracowni malarskiej sprawiała, że wkładałam bardziej zwiewne sukienki. Uwodziłam wzrok studentów wodzących za mną po korytarzu. Zauważyłam, że nawet na ulicy oglądali się młodsi ode mnie o wiele lat mężczyźni. W kwiaciarni, w której robiłam weekendowe zakupy kwiatów - sprzedawca, młody chłopak podając mi bukiet muskał jakby niechcący moje dłonie. Wyczułam to bardzo intensywnie, gdy pewnego razu kupiłam frezji chyba ze trzydzieści - wszystkie, jakie miał w kwiaciarni. Uśmiechnął się i zagadał do mnie - "musi pani uwielbiać frezje". Skinęłam głową odpowiadając - "...są takie delikatne i pachną uwodząco". Jego i mój wzrok spotkały się natychmiast. Nie umiałam uwolnić się od jego spojrzenia. Wracałam do domu i myślałam o nim oraz o pracowni malarskiej, gdzie pięć modelek pozowało nago. Inspirowały mnie te kobiety. Mąż odchodził jakby ode mnie, wycofywał się na swoje poletko. - Chyba przerastałam go temperamentem o kilkaset procent. We mnie panował południowy, gorący temperament - a w nim północy - jakby norweski chłodem ziejący.

Wróciłam do pracowni malarskiej po prawie miesiącu - już, jako modelka - ale, tylko pozując dla mojego męża. Nie chciał, aby oglądali moje prawie doskonale ciało niespełna trzydziestolatki inni mężczyźni. - Był nawet zazdrosny, gdy powiedziałam mu, że chcę pozować. - Rozebrałam się przed nim a on patrzył lodowatym wzrokiem lustrując moje proporcje. Uniosłam piersi w dłoniach. Duże piersi, które nie traciły na jędrności - ale ważyły tyle, że nosiłam solidny biustonosz. Biustonosze zapewniała mi matka, która miała swoje chody wśród aktorek podróżujących często z teatrem do Niemieckiej Republiki Demokratycznej - ówczesnego centrum mody wśród państw podległych Moskwie.

Nie wiem - ile, godzin pozowałam nago - ale, po pewnym czasie mąż polecił mi się ubrać i poszliśmy do klubu studenckiego, gdzie zapoznał mnie z kilkoma swoimi studentami. Byłam zachwycona zwłaszcza jednym pochodzenia arabskiego. Przystojny młodzieniec z widocznym zainteresowaniem moją osobą. Byłam pewna, że pewnego dnia poprosi mnie o to, abym mu pozowała.

Wypiłam drinka i poprosiłam męża, aby zabrał mnie do naszego mieszkania na osiedlu dalekim od artystycznej elity.

c.d.n.