Siedziałam kilka dni w domu bez specjalnego powodu. Porobiłam porządki, wyciągnęłam z szafy stare ubrania robiąc selekcję - co, jeszcze się nadawało - zostawiałam - a to, co nie - pakowałam do worka papierowego - worki przynosiłam z paczkarni - pakowałam w nie wszystko, co mogłam oddać ubogim krewniakom. - Ja, nie wyrzucałam niczego, moje ubrania miały wartość nie tyle rynkową - co sentymentalną. - Kupowane na bazarach Europy ciuchy - zakładałam na specjalne okazje i przypominały mi chwile spędzone zgodnie z moim ego. - Przeważały zwiewne sukienki sprzyjające wyobraźni męskiej na więcej - aniżeli, mogłam odsłonić publicznie.
Buty mnie rozśmieszały - miałam kilkanaście par obuwia różnego - teraz - gdy, to przeglądałam - zastanawiałam się, jak ja mogłam coś takiego kupić, albo w tym chodzić. Ogólnie z uwagi na problemy zdrowotne ze stopami - nosiłam buty na płaskich spodach - chociaż, czasem wkładałam nawet szpilki - ale, tylko na specjalne okazje i tylko do sukienek. Nie tańczyłam w szpilkach dobrze - więc, szpilki stanowiły tyko dodatek do galerii butów.
Tak, kilka dni spędziłam grzebiąc w szafie, szafkach i walizkach poukrywanych - a to, za zasłonką, a to na szafie, lub postawione w kącie. - Gdy, goście czasem pytali - "masz, może gościa?" - czasem odpowiadałam, że przyjechała ciocia z Ameryki - ironizując brak tylu pokoi i mebli do chowania ciuchów - ile, chciałabym mieć.
W domu był tylko radio-magnetofon tranzystorowy "Jola 2", który dostałam jako prezent imieninowy na "prima aprilis" - na okrągło puszczałam sobie piosenkę "Paranoja jest goła" - wściekając się na siebie, że nie mam co na siebie włożyć - a wszystko przez to, że mąż wydawał krocie na swoje "hobby", które nie przynosiło żadnych realnych pieniędzy - a ja kombinowałam, jak mieć na wszystko - czyli: sukienki, buty, wyjazdy, podróże. Pomagała mi czasem matka - ale, nie wiele - ukrywałam to przez światem - bo, wstydziłam się samej siebie - a szczególnie przed koleżankami, które porobiły kariery i doktoraty - tymczasem ja - nawet męża doktora nie miałam. Ambicji we mnie nigdy nie brakowało. Ale to, co miały koleżanki - ja, zdobywałam w zupełnie inny sposób od niedawna przecież - bo, musiałam dojrzeć do pewnych doświadczeń życiowych. Fizyka nie była moją mocną stroną - ale, wiadomo, że... nie mydło i się nie wymydli - bynajmniej, tak powiadała matka, gdy ojczym mi dokuczał.
Tranzystor charczał, ja powracałam do piosenki - kaseta magnetofonowa tylko była cofana - taka dziewięćdziesiątka - ale, piosenka trwała kilka minut zaledwie. Myślałam nad słowami piosenki - ciągle we mnie się gotowało, gdy rozmyślałam, że mogłam wyjść za mąż dużo później a jednocześnie za bogatego równolatka - może, moje życie nie byłoby pasmem poszukiwania ciągle nowego wyzwania. A wyzwania stały się moją pasją - zaczęłam oddawać się im teraz tak często, że było to moje ulubione "hobby". Jak, każde hobby traktowałam to, jak inwestycję a nie lokatę. Inwestowałam w siebie, w swoje fantazje i swoje jedynie spełnienia.
c.d.n.
c.d.n.
