2016/10/24

Z okrąglakiem w dłoni

Pierwsze przymrozki jesienne. Chłód wciska się wszędzie - sezon grzewczy, jakby się spóźnia a ciało nie chce wysuwać się spod kołdry. Noce długie i leniwe. Balkon bez kwiatów, bez pszczół i os - życie zamiera. Niedźwiedzie grasują i żerują - zbierają zapasy na sen zimowy. Czasem przecież się budzą. 

Okna pokryte kurzem - trzeba będzie je umyć porządnie przed zimą - deszcze i śnieg zrobią swoje - muszę przyłożyć się do tej pracy. Kiedyś najmowałam kobietę do mycia okien - ale, było minęło.


 
Ubrałam ciepłe rajstopy, skarpety, sweter po kolana - w mieszkaniu panowała cisza. Spojrzałam na grzejniki - były białe - trupio białe. Muszę je pomalować na ciepły kolor - może na pomarańczowo. Tak, kupię farbę do grzejników alkidową i pokryję je kolorem - nawet, jak będą chłodne - to, oko będą cieszyły ciepłą barwą. 

Kawy mało - trzeba oszczędzać. Domownicy pojechali sobie na dwa tygodnie do Czech, gdzie mieszkają ich nowi przyjaciele. Ich przyjaciele - ja, jakoś nie potrafiłam ich polubić - a szczególnie ich mowy - taki knedliczkowy język oparty o takie słówka, jakie sprawiają uśmiech na twarzy każdego Polaka.

Do kawy mam jeszcze wanilię - utrę troszeczkę z laski i będą miała na dwa dni. - Zastąpiłam cukier biały cukrem trzcinowym - nie jest może zdrowszy - bo, jak powiedział mi mądry bloger - którego jakoś pochopnie poniżyłam - cukier dodawany w ilościach śladowych względem masy ciała przy normalnej aktywności człowieka powinien być dawkowany ostrożnie - lecz nie na tyle, aby dzielić jego postać handlową na zdrowszą i mniej zdrową. To tak, jakby do silnika na olej napędowy dodawać za każdym tankowaniem litr benzyny wysokooktanowej. Poprawia dynamikę i nie szkodzi silnikowi. 

Spoglądam na drzewka uginające się pod naporem jesiennego wiatru - liście masowo spadają a wiatr je gania po alejkach. Trawniki pokryły się gnijącą czerwienią. Telefon milczy. Denerwująca cisza - tyle można tylko napisać, gdy nie wiem co zrobić. Włączyłam telewizor - ale, o tej porze królują reklamy i programy powtórkowe. Czasem oglądam film. - Praca mnie nie goni - ja, za nią też nie biegam. Muszę odpocząć - czeka mnie wyczerpujący weekend. Zaprosiła mnie koleżanka - żona marynarza, który wraca z półrocznego rejsu i przywozi ze sobą na czas urlopu przyjaciela, który jest na ich statku głównym elektrykiem. Inżynier, pan podobno po pięćdziesiątce - ale kawaler - co, prawda jak każdy wolny marynarz - zapewne w każdym porcie ma kobietę - w kraju bywa okazjonalnie - a skoro zostałam poproszona o przyjazd i towarzyszenie moim przyjaciołom w spotkaniu, ich willa spełnia moje marzenia pod każdym względem - to, postanowiłam nie odpuścić sobie takiej okazji. Nie wiem, co mnie czeka - ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Właśnie diabeł - podobno ten marynarz nosi brodę siwą i leciwą. Ciekawość mnie zjada. Nigdy nie całowałam nawet faceta brodatego - czułam jakiś dyskomfort do takiej sytuacji. 

Wybrałam się do sklepu z farbami - sklepikarz wiedział czego mi trzeba - poszperał i powiedział - mam farbę alkidową tylko musimy dopasować kolor w mieszalniku. Zaskoczona, ale ciekawa co to takiego - zgodziłam się na mieszanie w ciasnawej kabinie odizolowanej od całości sklepu - bo, takie akurat warunki.

Wracałam do domu zadowolona a nawet bardzo zadowolona, kabina mogłaby być lekko wygodniejsza - ale, nie ma co narzekać. 

Otrzymałam dokładną instrukcję, jak posługiwać się pędzlem, aby nie kapało z niego a grzejnik był umalowany. Pędzel nauczyłam się dawno temu trzymać prawidłowo - nigdy nie kapał - chyba, że coś zaniedbywałam. Mistrzynią malarstwa nie byłam - przecież, to nie moja działka w tym domu. - Malowałam swój grzejnik, na który spoglądałam tak często - a jego biel przyczyniała się do tego, że przechodziły mnie dreszcze.
 
Trzydzieści sześć żeliwnych żeberek - otrzymałam od obrotnego sklepikarza - gratisowo trzy krzywaki w trzech szerokościach - płaskie - osobiście lubię okrąglaki - takie poręczniejsze.
 
Połowa pracy wykonana. Farba cuchnie - ale, jest super - kryje natychmiast - z pędzla nie kapie nawet przy potrzepaniu nim. Spodobało mi się. Sklepikarz miał rację - trzymać pędzel śmiało i poruszać ruchami pociągłymi - jak trzeba - to, lekko wykręcając. - Pomalowałam połowę grzejnika - używałam lusterka, które też mi dał sklepikarz. Fachowiec, jak się patrzy - wiedział czego mi potrzeba. 

Praca wre - to, już prawie cały grzejnik - przypomina pomarańczę - od razu mi lepiej. Spoglądam na pędzel - sprawił się należycie - nie uronił nawet kropelki farby przed końcem roboty. Czuję się zadowolona a nawet samo zadowolona - przecież - to, moje dzieło.

Dzwonię do Magdy - muszę jej powiedzieć o moich lękach przed tym brodaczem. Ona akurat takich nie ma - bo, jej małżonek mający zapewne kochankę w każdym dużym porcie - nosił brodę od czasów studiów w Gdyni. Dla mnie było to wyzwanie takie samo, jak malowanie tego grzejnika farbą alkidową, której sama nazwa dziwnie mi się kojarzyła.


* fragment całości - objęty ochroną praw autorskich - zbieżność losów i ewentualnych skojarzeń przypadkowa. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są moderowane