2016/12/12

Mróz ścisnął

Początek grudnia a zimno, jak w styczniu na Syberii. - Coś mnie niepokoiło. Byłam chora, siadło mi zdrowie - te wszystkie lata ugania się za groszem bez dospania, bez właściwej diety, alkohol - robią swoje - pewnie za dużo było tego balowania. Siedziałam z nogami zwisającymi z łóżka szpitalnego i spoglądałam przez okno. Parapet pokryty kilkoma centymetrami białego puchu i tylko gołębie cierpliwie zaglądają w okno. Dziwne stworzenia - ludzie patrzą na to, co dla gołębi jest codziennością a one wpatrują się w okna ludzkich domów - czują ciepełko i żebrzą o okruszki ze stołu. Nie karmiłam nigdy ptaków - ptak musi wykarmić się sam a jak lichy ptak - to i nie podziobie. 



Wieści z jezior nie były pomyślne. Mróz skuł lodem na kilkanaście centymetrów całą powierzchnię jeziora. Poprzedni sezon moja wyremontowana łódź spędziła w żaglowni - ten sezon nie. Choroba uniemożliwiła mi skutecznie wyjazd jesienią - aby, przygotować wszystko do sezonu zimowego. Nowym szefem żaglowni został jakiś przytupas wójta gminy i nie było mowy o układach - aby, coś zrobił za darmo albo z grzeczności poczekał na zapłatę. Łódź została na lodzie a dokładniej na wodzie, którą skuł lód i to porządnie. 

Kończyła się pewna epoka w moim życiu - czułam się tak samo, jak moja łódź bez wioseł - stara, wyeksploatowana i dziurawa - tylko łatanie mi zostało. 

Przecież, to już blisko dwadzieścia lat minęło od kupna łodzi bez wioseł - nigdy tych wioseł nie kupiłam. Udoskonalona wersja ze śrubą napędową sprawdziła się - ale, hałas silnika nie pozwalał na ekscytowanie się tym pluskaniem wody o burty. 

Każdego dnia dzwonię do Zenka a ten dzwoni do krewnych, którzy co kilka dni pojawiają się nad jeziorem bez względu na porę roku i pogodę. Obserwatorzy ptaków, biegający z lornetkami i aparatami fotograficznymi dziwacy liczący dziki drób. 

Siedziałam i wyobrażałam sobie to, co zastanę nad jeziorem w maju - obraz nędzy i rozpaczy - bo, co można zastać, gdy tyle się zaniedbało lub zapomniało, że istnieją zasady, których nie mogłam przecież łamać bez końca. Wyobrażałam sobie łódź bez wioseł pogrążoną wśród pływających dookoła ryb. Ciarki mnie przeszły. Ryby napawają mnie lękiem - odkąd wysiadłam z łodzi, która czasem służyła mi do łowienia. Nie jestem lękliwa - ale, we snach mam koszmary, że zjadają mnie piranie - i zostają tylko kości. 

Gdzieś, w Polsce zostawiłam marzenia - chyba, już zapominam czym są - nie odczuwałam ich tak dawno, że zaczęłam żyć tylko podłym uganianiem się za facetami, którzy nie potrafili mnie zrozumieć. - Ale, jak facet ma rozumieć kobietę, której trudno dogodzić i to pod wszelkimi walorami. Zadufana się zrobiłam, pazerna na wszystko - jakbym miała lada moment zejść z lodowiska, które trzyma mnie i moją łódź bez wioseł w okowach. 

Drzwi uchyliła salowa - wsuwając mop między drzwi i futrynę wjeżdżała jak wojska napoleońskie - szybkimi ruchami taktycznymi robiła swoje. - Jak dobrze, że nie byłam nigdy skłonna do sprzątania - bo, jeszcze zostałabym salową jakąś albo wolontariuszką w hospicjum i posługiwałabym chorym niedołężnym staruszkom. Ohyda. - Tylko, nie staruszkom. Wolę młodsze towarzystwo i może dlatego jestem teraz na tej sali postrzegana jak wiedźma, co to odróżnia się od rówieśniczek, które siedzą z paciorkami w dłoniach i mamroczą coś pod nosem. - Nigdy tak nie potrafiłam. Owszem zdarzało mi się pomodlić w godzinie nieszczęsnej - ale, żeby klepać pacierze godzinami, albo biegać ciągle do kościoła - tego nie przeżyłabym. Całkiem inne życie moje od tych podstarzałych babć, którym umykam nawet teraz - bo, one niańczą wnuki a ja nawet o wnukach pomarzyć nie mogę. 

c.d.n. w książce oczywiście

2016/11/21

Rosyjska ruletka



Trzy butelki wina i jedna butelka wódki, paczka cukierków delikatesowych i ptasie mleczko, tiramisu - nazwa sama mówi wszystko - tyle zrobiliśmy zakupów. Było nas czworo - w hotelu czekały na nas trzy pokoje z łazienkami. Trzy? - Tak, trzy. Dwa małe i jeden apartamentowiec mający dwa pomieszczenia z łazienką, balkon z widokiem na Giewont - co, pozwala na oderwanie oczu od szarości dnia. Spałam w tym hotelu kilka razy. Przeważnie sama w pokoju. Tym razem miało być inaczej. Wrzesień sprzyja spacerom po górach i ich dolinach. Plecak, obuwie trekingowe, czekan, gogle przeciwsłoneczne - które przydawały się także w czasie silnego wiatru - zapobiegając łzawieniu.
 
Jechaliśmy samochodem - ale, było koszmarnie. Stary rupieć z niemieckiej fabryki charczał pod każdą górkę. Maciek - mój wieloletni przyjaciel - dyplomowany geograf pasjonujący się polskimi górami, Ewa i Darek oraz ja i sporo bagażu w passacie mających chyba piętnaście lat. Cóż - takie warunki - naukowcy wydają fortunę na podróże i sprzęt fotograficzny oraz elektroniczny do pomiarów - ja, w sumie nie mając nic wspólnego z ich pracą zawodową byłam doskonałym katalizatorem w czasie ich rozmów - to, dzięki mnie odrywali się od rozmów na tematy zawodowe. Nikt tak, jak ja nie potrafił naprowadzić towarzystwa na "właściwy" temat podczas wyjazdu integracyjnego w góry. Mogłabym pisać pracę magisterską w tym zakresie. Znałam tak wiele sposobów uprzyjemniania życia nie wielkim kosztem - moi znajomi wpadali w podziw - że, wystarczy dobre towarzystwo, wystarczy zdjąć to, co niepotrzebne - z siebie - a atmosfera robi się od razu swobodna. Tak, też planowany był ten wyjazd "integracyjny". Integrować mieliśmy nasze poglądy na przemiany dziejowe w kraju oraz udział w unikaniu płacenia za to, co można pominąć.

Drzwi otworzyły się jakby same - wiadomo - niemiecki samochód. - Powiało powietrzem opadającym z gór - inne niż nizinne. Dojechaliśmy cało i zdrowo - byłam podniecona tak bardzo, że aż krzyknęłam na cały głos - "jesteśmy" - tak, jakby ktoś oczekiwał na taki komunikat. Nic z tego - to, tylko moja fantazja i polot. Maciek zaciągnął hamulec ręczny - robił to tak, jakby zatrzymywał samochód w biegu. Ewa i Darek powypinali się z pasów. Spojrzałam na Giewont - od razu przypomniały mi się sprośne powiedzonka i zrobiło mi się na duchu lżej. Sprośność nosiłam zamiast szminki na ustach. Usta - ach, te usta gorące - pomyślałam o Maćku - żeby on wiedział co go czeka. Ale, nie wie i na razie niech poczeka spokojnie - chociaż, ze spokojem u niego nie najlepiej. Nerwowy i narwany jakiś.

Cholernie trudno jest godzić wiele ról w jednym czasie - dlatego, odcinałam się od tego, co za mną i brnęłam w to, co przede mną. Widać pisane mi jest to od zawsze i na zawsze.

Piłam z gwinta - pierwszy raz w życiu - puściły hamulce wszystkim - totalny odjazd. Zaczęło się niewinnie od propozycji pokera rozbieranego - w pewnym momencie wszystko nabrało różowego koloru - siedziałam z cyckami wywalonymi na brzuchu i wcale się nie wstydziłam - patrząc jak Maciek skrywa swojego fiutka między udami - przegrywał prawie każdą kolejkę. Był goły i wesoły - alkohol robił swoje - ale, także nie polepszał jego wyglądu - obrośnięty prawie jak goryl z nogami chudymi jak patyki a żebra wystające - jakby nie jadał. Mnie interesowało to, co skrywa między udami. Wygrywałam - to, znaczy - że, moi towarzysze padali i się rozbierali jakby na moje życzenie. Ja, straciłam tylko bluzkę i stanik - trochę chwilami się krępowałam swoich wałeczków - ale, przecież to było takie naturalne u kobiety nie uprawiającej żadnego sportu a jedynym sportem był maraton francuski i to z przewagą martwego ciągu.

Ewa siedziała tylko w majtkach - lecz, ona wyglądała jakby wyszła z sali gimnastycznej - chociaż, też ukrywała cellulit - jednak, miała kilka felerów - jej piersi były małe a jednocześnie jakby niedojrzałe - spoglądałam na nią jakbym jej pożądała - co, wyczuwała. Uciekłam wzrokiem na butelkę. - Wypadło na Darka. Zdejmował skarpetkę i miał z tym problem - nie obcinał paznokci pewnie z dwa miesiące. Zarumienił się - przy blasku świec - dziwny facet - bo, kasy mu nie brakowało na salon urody dla facetów. A jednak wpadł. Polewania nie było końca. Wszystkim zakręciło się w głowach, Siadłam na prawym pośladku - pozwoliło to uwypuklić uda - mocne, wielkie a zarazem takie nadające się do żeglowania po nich. Maciek zaczął przybierać śmielsze pozy. Ujawniając co skrywa. Oniemiałam - ale, nie zaniemówiłam - wręcz przeciwnie w uniesieniu krzyknęłam jakoś bez powodu a może powodem było to "coś".

Nie pamiętam z kim, ile razy spałam tej nocy - nie pamiętam w sumie nic szczególnego... - obudziłam się przed południem - Darek z Ewą spali u siebie - Maciek siedział w fotelu - oglądał film - nie odzywałam się jakąś chwilę - nie chciałam mu przeszkadzać - był tak zajęty sobą, że nie słyszał jak poruszałam się na łóżku. Emocje rosły i nie tylko emocje...

*fragment całości 


2016/10/30

Szalona łódź

Siedziałam w hotelowym pokoju, a na spienionym morzu - na falach bujała się samotna szalona łódź. Dosłownie tańczyła fokstrota - tak nią miotał sztorm. Kapitan, albo był nowicjuszem na swojej łajbie - albo, za dużo rumu uderzyło mu do głowy. Skojarzyłam sobie natychmiast sytuację z czymś, co oglądałam wiele lat temu. Coś mi to przypominało.



Usiadłam w fotelu wygodniej - zamknęłam oczy a dłonie położyłam na łonie krzyżując palce. Poczułam tą łódź tak, jakbym była majtkiem - kapitan wygnał mnie do ściągania szotów i want. Pamiętam ten kabaret doskonale -  był rozweselaczem ludzi na przełomie przemian politycznych i idealnie wkomponował się w czasy - odzwierciedlając przywary ludzi - także tych z łodzi. W sumie ja też jestem Grażka z łodzi bez wioseł. Tak, jakoś wszystko układa się w jeden tematyczny wątek powiązany z marynarzami. 

Nie przez przypadek wylądowałam w Rewalu - byłam tutaj kilka razy na wczasach pod gruszą - taka forma relaksu także dla artystów z cienkim budżetem. Wydmy mnie przyciągały i te trawy. Wtapiałam się w nie i leżałam nago na kocu a słońce prażyło moją śniadą skórę. Czasy są takie, że już nikogo nie dziwi golizna na plaży - chociaż, oficjalnych miejsc nadal brakuje. - Ja, jednak miałam swoje miejsce, do którego poza słońcem nikt nie zaglądał.
 
Ale, właśnie sztorm na morzu - ja siedzę w pokoju i oczekuję na Zenka, który będąc rektorem na politechnice obiecał mi załatwić etat pod jego kierownictwem. Warunek był jeden - miałam się sprawdzić w lojalności a tą mogłam udowodnić tylko w jeden sposób - na dodatek Zenek będąc zapalonym kamerzystą chciał to wszystko nagrywać. - Wiedziałam, że gra jest warta "świeczki" - bo, ta akurat była wysokim poziomie. 

Spoglądałam na łódź miotaną wiatrem i smaganą deszczem - w myślach widziałam siebie - wijącą się na wielkim łóżku wypełnionym pościelą, gdzie prześcieradło jest takie błękitne a poduszki takie wielkie i aksamitne. Dreszcze mną targały na samą myśl o tej burzy zmysłów. 

Nie lubię kawioru jako dania podstawowego w takich okolicznościach - ale, tym razem postanowiłam nie jeść nic innego a szampan podsycał apetyt. Byłam głodna a jednocześnie chciałam smakować - lubię rozkoszować się esencją smaków przy jednoczesnym spoglądaniu na wspienione morze. Ileż, w tym ekspresji, przekazu i wysublimowanych rozkoszy - jeżeli, tylko ma to być drogą do wolności ekonomicznej. Szłam na całość. Zenek - to, nie byle kto - docent doktor habilitowany. Co, prawda jego dziedziną jest prehistoria, o której można pisać nawet bajki - to, jednak uczestnictwo w jego badaniach, pracy a nawet posługiwanie mu stawało się moim celem. Miałam dość siedzenia w domu i biegania za pracą lub ujadania do mikrofonu - jakie, to bezduszne. Stałam się przez to plastikowa lala. Miałam głos a nie miałam ciała. W sumie ciało nie jest moją mocną stroną - ale, jak każda kobieta mam prawo do swoich poglądów. Tremo nie kłamie - jak, zaczyna kłamać - to, odwracam je na jakiś czas. 

*fragment / prawa autorskie 

2016/10/24

Z okrąglakiem w dłoni

Pierwsze przymrozki jesienne. Chłód wciska się wszędzie - sezon grzewczy, jakby się spóźnia a ciało nie chce wysuwać się spod kołdry. Noce długie i leniwe. Balkon bez kwiatów, bez pszczół i os - życie zamiera. Niedźwiedzie grasują i żerują - zbierają zapasy na sen zimowy. Czasem przecież się budzą. 

Okna pokryte kurzem - trzeba będzie je umyć porządnie przed zimą - deszcze i śnieg zrobią swoje - muszę przyłożyć się do tej pracy. Kiedyś najmowałam kobietę do mycia okien - ale, było minęło.


 
Ubrałam ciepłe rajstopy, skarpety, sweter po kolana - w mieszkaniu panowała cisza. Spojrzałam na grzejniki - były białe - trupio białe. Muszę je pomalować na ciepły kolor - może na pomarańczowo. Tak, kupię farbę do grzejników alkidową i pokryję je kolorem - nawet, jak będą chłodne - to, oko będą cieszyły ciepłą barwą. 

Kawy mało - trzeba oszczędzać. Domownicy pojechali sobie na dwa tygodnie do Czech, gdzie mieszkają ich nowi przyjaciele. Ich przyjaciele - ja, jakoś nie potrafiłam ich polubić - a szczególnie ich mowy - taki knedliczkowy język oparty o takie słówka, jakie sprawiają uśmiech na twarzy każdego Polaka.

Do kawy mam jeszcze wanilię - utrę troszeczkę z laski i będą miała na dwa dni. - Zastąpiłam cukier biały cukrem trzcinowym - nie jest może zdrowszy - bo, jak powiedział mi mądry bloger - którego jakoś pochopnie poniżyłam - cukier dodawany w ilościach śladowych względem masy ciała przy normalnej aktywności człowieka powinien być dawkowany ostrożnie - lecz nie na tyle, aby dzielić jego postać handlową na zdrowszą i mniej zdrową. To tak, jakby do silnika na olej napędowy dodawać za każdym tankowaniem litr benzyny wysokooktanowej. Poprawia dynamikę i nie szkodzi silnikowi. 

Spoglądam na drzewka uginające się pod naporem jesiennego wiatru - liście masowo spadają a wiatr je gania po alejkach. Trawniki pokryły się gnijącą czerwienią. Telefon milczy. Denerwująca cisza - tyle można tylko napisać, gdy nie wiem co zrobić. Włączyłam telewizor - ale, o tej porze królują reklamy i programy powtórkowe. Czasem oglądam film. - Praca mnie nie goni - ja, za nią też nie biegam. Muszę odpocząć - czeka mnie wyczerpujący weekend. Zaprosiła mnie koleżanka - żona marynarza, który wraca z półrocznego rejsu i przywozi ze sobą na czas urlopu przyjaciela, który jest na ich statku głównym elektrykiem. Inżynier, pan podobno po pięćdziesiątce - ale kawaler - co, prawda jak każdy wolny marynarz - zapewne w każdym porcie ma kobietę - w kraju bywa okazjonalnie - a skoro zostałam poproszona o przyjazd i towarzyszenie moim przyjaciołom w spotkaniu, ich willa spełnia moje marzenia pod każdym względem - to, postanowiłam nie odpuścić sobie takiej okazji. Nie wiem, co mnie czeka - ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Właśnie diabeł - podobno ten marynarz nosi brodę siwą i leciwą. Ciekawość mnie zjada. Nigdy nie całowałam nawet faceta brodatego - czułam jakiś dyskomfort do takiej sytuacji. 

Wybrałam się do sklepu z farbami - sklepikarz wiedział czego mi trzeba - poszperał i powiedział - mam farbę alkidową tylko musimy dopasować kolor w mieszalniku. Zaskoczona, ale ciekawa co to takiego - zgodziłam się na mieszanie w ciasnawej kabinie odizolowanej od całości sklepu - bo, takie akurat warunki.

Wracałam do domu zadowolona a nawet bardzo zadowolona, kabina mogłaby być lekko wygodniejsza - ale, nie ma co narzekać. 

Otrzymałam dokładną instrukcję, jak posługiwać się pędzlem, aby nie kapało z niego a grzejnik był umalowany. Pędzel nauczyłam się dawno temu trzymać prawidłowo - nigdy nie kapał - chyba, że coś zaniedbywałam. Mistrzynią malarstwa nie byłam - przecież, to nie moja działka w tym domu. - Malowałam swój grzejnik, na który spoglądałam tak często - a jego biel przyczyniała się do tego, że przechodziły mnie dreszcze.
 
Trzydzieści sześć żeliwnych żeberek - otrzymałam od obrotnego sklepikarza - gratisowo trzy krzywaki w trzech szerokościach - płaskie - osobiście lubię okrąglaki - takie poręczniejsze.
 
Połowa pracy wykonana. Farba cuchnie - ale, jest super - kryje natychmiast - z pędzla nie kapie nawet przy potrzepaniu nim. Spodobało mi się. Sklepikarz miał rację - trzymać pędzel śmiało i poruszać ruchami pociągłymi - jak trzeba - to, lekko wykręcając. - Pomalowałam połowę grzejnika - używałam lusterka, które też mi dał sklepikarz. Fachowiec, jak się patrzy - wiedział czego mi potrzeba. 

Praca wre - to, już prawie cały grzejnik - przypomina pomarańczę - od razu mi lepiej. Spoglądam na pędzel - sprawił się należycie - nie uronił nawet kropelki farby przed końcem roboty. Czuję się zadowolona a nawet samo zadowolona - przecież - to, moje dzieło.

Dzwonię do Magdy - muszę jej powiedzieć o moich lękach przed tym brodaczem. Ona akurat takich nie ma - bo, jej małżonek mający zapewne kochankę w każdym dużym porcie - nosił brodę od czasów studiów w Gdyni. Dla mnie było to wyzwanie takie samo, jak malowanie tego grzejnika farbą alkidową, której sama nazwa dziwnie mi się kojarzyła.


* fragment całości - objęty ochroną praw autorskich - zbieżność losów i ewentualnych skojarzeń przypadkowa. 


2016/10/22

Cougar pierwsze starcie

Wolne soboty spędzałam na korepetycjach dla średnio zaawansowanych. Wolałam dawać korepetycje początkującym - mniej się czepiali detali - udawali mądrych i przymądrzałych - a ja miałam pełną kontrolę nad relacjami.  

Sukienkę miałam w wielkie kwiaty - kloszową z suwakiem na boku - czułam się komfortowo i nie dawałam się zwodzić obietnicami poprawy w konwersacjach. Rosyjski, bardzo poważny język a jego konstrukcja - także, więc traktowanie nauki powinno być poważne - to, jeden z elementów układanki, którą stworzyłam na potrzeby selekcji i doboru naturalnego. 

Dobór naturalny według mnie jest podstawą relacji - nie ważne są różnice wieku - liczy się potencjał i potrzeby. W tym byłam przecież mistrzynią. Palma pierwszeństwa należy się mnie. Moje koleżanki dawno przeszły na emeryturę a ja nadal mam powodzenie i nadal wiodę życie pełne niespodzianek. 

Cougar - mające tyle znaczeń i wygody, co popularny samochód - ale dla mnie o wiele więcej. Postawiłam się wyżej tylko po to, aby wybierać a nie być wybieraną.

Rangą powagi było dominowanie - więc patrzyłam na to, jakie dłonie, stopy, jaki kark, jakie uda - mieli uczący się u mnie młodzi panowie. Spodnie pękają albo na tyłku albo w kroku - ja zwracałam uwagę na tych, którym pękały w kroku. Kilka lat trenowałam to na sucho - takie gierki nauczycielki. 

Zagadywałam o życie, o plany na przyszłość o doświadczenia z domu - stosunek do kobiet w rodzinie itd. Stosunek - właśnie on był ważny - relacje mężczyzn do kobiet są traktowane przeze mnie poważniej niż tankowanie samochodu na stacji paliw.

Kwintesencją idei pozostania cougar było wnikliwe analizowanie. Analiza dogłębna zagadnienia różnic pomiędzy generacjami. Wszędzie to dostrzegałam. Młody mężczyzna i zabytkowa łódź lub zabytkowa szafa. Trend do starości u młodych mężczyzn stanowił cel moich obserwacji. Wpadłam na pomysł poddawania w różnych środowiskach mojego syna - tematu pasji męskich do tego, co odeszło już do lamusa. Syn jako taki był obojętny - chyba, nadal nie rozumiał świata kobiet a nawet bardziej interesował się kolegami niż dziewczynami w jego środowisku. Był od wielu lat dla mnie zagadką. Widziałam, że mnie bardzo często podgląda, gdy robiłam toaletę. Lekko zawstydzony ukradkiem zerkał na moje piersi w biustonoszu - nie karmiłam go piersiami - może dlatego ta sfera go podniecała na samą myśl. Rozmawiałam z nim o tym, że kobiecość powinien pojmować na wiele sposobów a model partnerki znajdzie być może przez przypadek. Wybierał koleżanki w stylu anorektyczki, koniecznie w dżinsach i cielakach na stopach.

Przystawką do lamusa było moje upodobanie do nadmiaru testosteronu, który mogłabym delektować każdego dnia na wiele sposobów i pod każdą postacią. - Modelowy okaz mógł mieć nawet dwadzieścia lat mniej niż ja - bo to takie  muzealnictwo lokalne - którego nie odwiedzają koneserzy a jedynie wycieczki studentów mających do zaliczenia lamus. Przez muzeum wiadomym jest przewija się masa, w której tylko jednostki potrafią dostrzec urok starego taboretu, lub starej szafy, albo starego worka jutowego wypchanego sieczką.

Wkręcałam się na wyższe obroty - sponiewierana ciągłym odradzaniem - czułam się wolna a jednocześnie przytłoczona tymi pożądliwymi oczyma takiego chociażby żołnierza na przepustce, który włóczył się po centrum handlowym bez celu - jakby szukał okazji do zapomnienia, że jest żołnierzem a jego czas jest czasem dezercji od regulaminów.

Potrafiłam takiemu żołnierzowi odmienić przepustkę jedno-dobową w czas rodem z Las Vegas - bo, wydawał "fortunę" na to, co można mieć za darmo a na dodatek cieszył się klasyczną grą hazardową opartą o rosyjską ruletkę analogiczną do walki Davida z Goliatem.


Weekend, sobota - oderwałam się od rzeczywistości, aby ruszyć na polowanie. Cougar - pasował mi ten styl - pachniałam perfumami otrzymanymi od złodzieja pracującego w ochronie - czasem pozwalałam mu na wtulenie się w mojej cycki, które trzymały fiszbiny - bo, inaczej wisiałyby mi do pasa. Oj, cholera jasna - od razu do pasa - nich będzie, że wisiałyby - bo o staniu to nigdy nie było mowy. Wcisnęłam się więc w tą sukienkę w kwiaty kolejny raz - ekler trzeszczał ale trzymał - od pachy do biodra - zasłonięty - więc nie było go widać. Któregoś razu taki studenciak nie wiedział, jak się zabrać do rzeczy i stanął jak wryty - bo, zgłupiał - zdjęłam sama sukienkę a on z ustami otwartymi patrzył na cud sztuki krawieckiej - czyli, sukienkę dopinającą stanu suwakiem.

Taksówkarz trąbił dwa razy - wtedy wiedziałam, że przyjechał po mnie. Gdy, nie wychodziłam - czekał cierpliwie. Typowa niemiecka taksówka - żółty mercedes wyglądający jak wielka, żółta łódź podwodna. Co prawda niemieckie samochody nadal nie wiele mają wspólnego ze mną bo są drogie, wygodne i trwałe na puknięcia - jak mało które zabytki, których używają młodzi amatorzy staroci z wielkimi kanapami pełnymi sprężyn i po liftingu.

Zbiegłam po schodach trzymając w dłoni komórkę i pisząc SMS do właściciela hurtowni staroci, żeby poszperał w swoich zapasach i przesłał mi kurierem zydel o konstrukcji prostej i wygodnej ale bardzo mocnej - aby wytrzymał nacisk siedzących na nim dwóch osób. - Pewnie się zdziwił czytając taką wiadomość - ale kręcą mnie krzesła, których przeznaczenia jestem pewna a funkcje mają użytkowe. Połączenie stylu cougar z amatorami staroci pasowało do mojego ego.

* fragment całości - prawa autorskie zastrzeżone

2016/10/18

Poddupnik pospolity

Siedziałam szesnaście lat na krześle, które z latami zaczęło odczuwać, jak dupsko mi rośnie. Ze zwykłej kobiety stałam się matroną. Tyle lat nie odwiedzałam sklepu z meblami. Patrzyłam na siebie, jak na sponiewierany worek z kartoflami. Wiadomo przecież, że taki worek różni się nawet od worka z mąką lub pszenicą. Byłam w młynie pod Paryżem - widziałam te worki - takie, niby wielokrotnego użytku - ale jednak gładkie i przyjemne w dotyku. Worek z kartoflami jest niekształtny i ohydny w kontakcie. - Czułam się podle.

Potrzebowałam zmian pod każdym względem. Najlepiej na już i na teraz. In cito - tak można napisać na liście potrzeb. Krzesło - a dokładniej "poddupnik pospolity" - jak, to mawiała moja babka ze strony ojca. Ona, to dopiero wyglądała. - Miała może metr siedemdziesiąt sześć - ale, ważyła pewnie ze sto trzydzieści kilogramów. Potrzebowała zawsze porządnego krzesła - bo, byle liche pękały pod jej "godnością". Dlatego, w domu były zawsze krzesła solidne, ciężkie na tyle, że raz postawione przy stole - mało kiedy zmieniały swoje położenie. Babka używała także krzesła do sekretarzyka przy którym robiła księgowość i planowała wydatki. Była w tym dobra - nie tylko własną firmę rodzinną prowadziła, ale innym też pomagała prowadzić rachunki.

Właśnie, ona według mnie - jako pierwsza używała określenia "poddupnik pospolity" - chociaż wydawało się, że w jej czasach było to takie lekko ordynarne określenie - to, jednak przetrwało. 



Potrzebowałam poddupnika pospolitego i zdesperowana tym faktem ruszyłam na poszukiwania po sklepach. Zauważyłam pewne trendy w modzie - lecz, nie wiele mnie to interesowało. Moje wysłużone krzesło służyło mi jako miara mojej atrakcyjności - siadałam okrakiem i mierzyłam odległość łona od oparcia. Miałam przy tym swoje reguły pomiaru. - Lata zrobiły swoje - a krzesło do pracy biurowej potrzebowało wymiany. Co prawda pracuję ostatnio poza domem a zakres pracy jest daleki od biurowego zacisza - to, jednak tremo wymagało ode mnie szlachetności w wyborze. Szukałam więc wszędzie i trafiłam na poddupnik pospolity z wygódką, czyli podstawką na filiżankę z herbatą. - Powiedzmy, że niby wygodne - ale, bałam się tego stawiania kawy na miejscu, które nie gwarantowało bezpieczeństwa. - Usiadłam na krześle w sklepie kilka razy. Obsługa spoglądała na mnie, jak na zakręconą emerytkę. Przykładałam się kilka razy, przysiadywałam, mierzyłam odległości do moich krągłości. Samo krzesło nie wzbudzało rewelacyjnych odczuć - była półka na filiżankę a ta już intrygowała. Fantazja poszła w grę. - O fantazji będzie później. Teraz ważne było to, że poddupnik pospolity kosztował prawie trzysta złotych. Wiadomo produkcja nie seryjna.
 
Skorzystałam z oferty firmy handlującej meblami używanymi ulokowanej w Wielkopolsce. Dawni znajomi, z którymi wiązały mnie w przeszłości bliskie stosunki i relacje. Postanowili mi pomóc podsyłając kilka modeli na zdjęciach. Kusząca oferta. Zdjęcia ukazywały to, co lubię - luksus za przystępną cenę.

Najbardziej chodziło o ten element służący normalnie jako podstawka do filiżanki herbaty lub kawy. We mnie budził wiele więcej skojarzeń. Tremo miało swoje miejsce a ja przed nim na krześle. Podobało mi się nawet samo skojarzenie uniesionej nogi. Romantyzmu nabierały myśli o nowym zakupie. Tyle emocji, takie fanaberie fantazji. Grzech nie pomyśleć o przyjemności siadania na poddupniku pospolitym mającym takie coś, co może służyć jako podtrzymywacz nogi. Zgłupiałam do reszty. Wszystko miało swoje mocne strony, gdy tylko chciałam uzbroić się w fantazję.


Od ulicy do kamienicy


Noce długie i gorące, domy ciasne i życiem tętniące - wielkie miasto i jego obyczaje. Był taki film " Seks w wielkim mieście". Siedziałam nad wiadomościami z kraju i ze świata - szukałam inspiracji do scenografii, jaką mój kolega szykował na karnawał w otwieranym na "sylwestra" nowiutkim lokalu z gastronomią i dyskoteką na trzech poziomach w wytłumionych salach tanecznych. Takiego cudeńka nie było w całym kraju. Pierwsze dzieło spółki kapitałowej. Otwarcie miało charakter komercyjny - a ja mimo, że nie miałam doświadczenia zawodowego interesowałam się bardzo scenografią teatralną. Jarek był zawodowym scenografem - widywaliśmy się jedynie na niwie zawodowej - on robił swoje - a ja pisałam teksty dla aktorów tłumacząc je z rosyjskiego na polski.
 

Natrafiłam na opis życia w wielkim mieście, które znałam z wyjazdów na zakupy, do teatru i od czasu do czasu na elegancki obiad w miłym towarzystwie. Zaczęłam czytać i wciągało mnie bardziej niż chciałam wnikać w temat. Powoli rozumiałam życie wielkomiejskie. Reguły gry zupełnie inne niż na prowincji, gdzie żyłam prawie połowę życia.
 
Temat trudny, ale podchodziłam do tego poważnie i analizowałam koszmarne opowieści kobiet pracujących dla sutenerów. Ohydne! - Przecież łatwiej jest wyjść za mąż i wieść prostolinijne z gruntu życie opierając się o rutynowy blef. Kocham cię - nie pada nigdy między małżonkami - ale bardzo często natomiast padają oskarżenia typu: "przez ciebie", "...bo, ty nigdy" albo "wiedziałam, że masz na boku kogoś". 

Nie, nie. - To, nie ja. Moje tremo - to, inny świat - ale, nie na tyle, żeby jawnie sprzedawać swoje ciało.  - Na to, nie poszłabym nigdy - za wiele we mnie niedoskonałości - aby, tak szlajać się po ulicach, hotelach, knajpach itd.
 
Mam zasady i ich się trzymam. Może nie prowadzę wystawnego życia - ale, jest to życie standardowe a brak wychylania się sprawia, że oprócz kilku problemów natury finansowej - wiodę spokojny żywot. Sezony mam zaklepane nad wodą, gdzie praca przychodzi do mnie pocztą - a ja w pokoju ośrodka wypoczynkowego spalam się całymi dniami, aby noce mieć wolne. Czasem noce zarywałam - ale, wtedy była to konieczność o jakiej nie mogłam zapominać.


*fragment fikcji literackiej / fragment całości literackiej

2016/10/15

Londyńskie lądowanie


Wsiadałam do autobusu dalekobieżnego lekko podirytowana. Samolot miałam za siedem godzin a podróż autobusem na lotnisko trwała zaledwie dwie godziny. Pięć godzin na lotnisku sama. Leciałam do Londynu - tam czekał na mnie nowo poznany facet. Spotkaliśmy się na czacie. Był miły - trzy miesiące pisałam mu o swoich problemach rodzinnych, problemach ze zdrowiem matki. O sobie unikałam zwierzeń - wiedział tylko tyle - ile, według mnie powinien - czyli, nie za wiele. - Powiedziałam mu w rozmowie telefonicznej miesiąc temu, że mam trochę więcej lat niż on - co, nie zrobiło na nim wrażenia - był wdowcem a jego zmarła trzy lata temu małżonka była starsza od niego o dziesięć lat. Gdy, on kończył szkołę wojskową - ona była już docentem medycyny. 

Ja mając dwoje dzieci i wiele wątpliwości do sensu pożycia małżeńskiego - nadal szukałam, a że trafiałam różnie - to, nie trwały te związki długo. Chociaż był saper - ale, on był przyjacielem i to nie mogło się zmienić. - Sama nie wiem - może ja już mam być taką poszukiwaczką do końca życia. Stary mawia do mnie - stara, to ty nie jesteś - ale wyglądasz, jak babcia przy tych twoich bawidamkach.
 
Bolało mnie to zawsze, że mąż, który mi wiele zawdzięczał - mojej zaradności i temu, że zawsze wracam do niego - tak podle o mnie mówił mi w oczy. Ale, ja nie mam szansy na emeryturę - jedynie po nim i to tylko wtedy, gdy nie zrobi mi jakiegoś numeru - albo, ja nie kopnę w kalendarz od HIV lub innego parszywca. Zabezpieczam się na wszelkie sposoby, chodzę regularnie do ginekologa - to, kilka razy byłam na krawędzi - testy odbierałam z wisielczym nastrojem.
 
Roman miał HIV - okazało się, że zaraził się dosłownie tydzień po tym, jak spędziłam z nim weekend w Ełku. Było cudownie a nawet lepiej. Wyjechałam - rozchorowałam się na grypę - do następnego spotkania miało dojść po miesiącu - nie pojechałam. Rok potem dowiedziałam się, że on ma HIV. Byłam sparaliżowana. Wydzwaniałam do niego a jego telefon milczał. Może uważał, że zaraziłam go ja. Mijały tygodnie a ja byłam jak umierająca. Hotelowa obsługa i recepcjonistka - jednak szybko pomogli mi ustalić - co, jest co. Okazało się, że kochaś miał więcej randek w jednym miesiącu i trafił na... - nie na mnie - ale, po mnie.
 
Ja, sama byłam wiele razy niepewna swego - bo, kto to wie, co może się przytrafić - gdy, idzie się na całość kilka razy w roku.

Londyn. Czasem śnił mi się po nocach. Angielski szlifowałam całe życie, byłam w City London trzy razy w okresie nauki - ale, to tylko wycieczki turystyczne - chociaż, turystyka kojarzy mi się dzisiaj zupełnie z czymś innymi niż wówczas.
 
Rosyjski był moim drugim językiem - lecz, nie chwaliłam się nim nikomu. W domu uczyli nas rosyjskiego - korzenie rodzinne sięgały Rosji i żydowskich kupców, którzy przyjechali do Polski ponad trzysta lat temu. W sumie mam korzenie żydowskie - tylko, tego się wstydzę i ukrywam. Co prawda chrześcijanie opanowali nasze życie - wszyscy jesteśmy ochrzczeni w Kościele. Ale, u mnie z wiarą na bakier było zawsze. Rosyjski był językiem awaryjnym od pokoleń. 

Ławka w poczekalni mnie denerwowała - niewygodna, twarda - samoloty przylatywały i odlatywały. Okna panoramiczne dają tyle do myślenia. Fantazjowałam... - szkoda, że lecę do faceta nie mającego takiego samego temperamentu, jaki mam ja. Budziła się we mnie zwierzyna łowna - chciałam być upolowana a nie polować. 

*fragment całości - wkrótce w postaci książkowej. 

2016/10/14

Dwa pedały w łodzi

Siedziałam przy biurku - kreśliłam esy floresy, przedziwne wykresy - nagle, w głowie zaczęły rodzić się myśli racjonalizatorskie. Już w swoim dorobku życiowym miałam kilka udoskonaleń technicznych. Mając trzynaście lat poprawiłam pracę wiatraka produkującego energię z wiatru poprzez dynamo. Proste kilka zmian w konstrukcji płatów wiatraka, dopasowanie ich kąta ustawienia a także zwiększenie powierzchni sprawiło, że ojciec i jego koledzy wpadli w podziw dla moich pomysłów i talentów manualnych. Rączki, to ja miałam zawsze zdolne i wytrwałe. 



A więc, w głowie roiły mi się myśli o pedałach do łodzi. Tak, dwa pedały. Tak, jak ma to rower wodny. Jeden pedał miałam w domu. Drugi postanowiłam zdobyć. Ten w domu - był dość stary i pochodził od roweru ojczyma. Nie wiem kiedy go przywlokłam - ale, był tak sobie - jakoś nie do końca wiem - dlaczego, zabrałam go do domu. 

Aha! No, właśnie. Przecież to ten, który odkręcił się w rowerze pożyczonym od ojczyma wiele lat temu. Leżał, był sprawny i wymagał tylko towarzystwa drugiego pedała. - Na kartce pojawił się kształt łodzi widziany od góry, od prawej burty i od spodu. Tak - na nowy sezon wyposażę swoją łódź bez wioseł w wał napędowy, przekładnię, mechanizm od roweru wodnego z pedałami oraz śrubę. Nie potrzebuję wioseł - hałasują a tak po dokonaniu kilku drobnych zmian w konstrukcji łodzi - a przede wszystkim dodanie steru - moja łódź będzie napędzana pedałami i siłą moich mięśni nóg. Nogi mam silne i mocne udziska.

Plan zaczął przypominać rysunek techniczny. Zadzwoniłam do kilku koleżanek i kolegów, o których wiedziałam, że pływają jachtami, stateczkami, łodziami i kajakami. Chciałam pochwalić się pomysłem oraz zasięgnąć opinii osób bardziej doświadczonych w grupowym myśleniu. Okazali się niezastąpieni. Zaczęli sami dzwonić przez kilka kolejnych dni - to, zaczęło przypominać ideę zbudowania statku kosmicznego lub czegoś podobnego. A mnie chodziło o zamontowanie jednego padała po prawej a drugiego po lewej stronie mechanizmu przekładniowego napędzającego wał i śrubę. Pomysł okazał się inspirujący dla tak wielu osób, że sama dziwiłam się temu, iż jedna kartka i ołówek mogą poruszyć tak wiele osób pływających z wiosłami i bez wioseł. 

Moja łódź stała w żaglowni, szczelnie zapakowana - korciło mnie do pojechania tam i dokonania dokładnych pomiarów łodzi - aby, jak najszybciej rozmawiać z mechanikiem, ślusarzem a nawet kowalem, który miał utwardzić elementy. 

Drugi pedał otrzymałam od sklepikarza, który zareagował na rozmowę moich znajomych w sklepie ze sprzętem sportowym. Dostałam w dumie pięć pedałów. Pomyślałam sobie - po co mi tyle pedałów - ale, od przybytku głowa nie boli - a nie boli też nic innego. Zwłaszcza mnie. Odporna jestem na pedałowanie - rowerem przejechałam połowę wojewódzkich i powiatowych dróg i ścieżek wszelakich. 

Rodziły się plany, wyjazd do żaglowni był koniecznością - lecz żaglownia poza sezonem zamknięta, opieczętowana lakiem z referentką. Jedynym dobrym pomysłem był kontakt z Saperem, który po sezonie odpoczywał z rodziną w domu. - Siedziałam i rozmyślałam. Telefon do Sapera może być ryzykowny - bo, facet ma rodzinę i dzieci - chce odpocząć po miesiącach spędzonych poza domem. Nie wiedziałam co robić. Nowy sezon w łodzi bez wioseł ale z pedałami - kusiło mnie to tak bardzo, że nie mogłam spać kilka nocy spokojnie. 

Odważyłam się. Telefon do Sapera przyniósł rezultat. - Zachował się tak, jakby oczekiwał, że się w końcu odezwę. Opowiedziałam mu wszystko spokojnie. Zachwycił się moim pomysłem. Powiedział, że jak tyle lat zajmuje się żaglownią - nigdy nie widział " szaleńca" pływającego w łodzi bez wioseł - ale, tym bardziej w łodzi z pedałami. Wiosła odeszły jakoś do lamusa. Trzy godziny męczyłam go opowiadaniem i pytaniami, które nadal nastręczały mi niepewności. Powstał też pomysł ulokowania specjalnego parasola dającego w słoneczne dni odrobinę cienia nad łodzią. Dopiero teraz zaczęłam myśleć o tym, że moja łódź to nie byle łupina ale wielka łódź. Liczę - ile, to metrów kwadratowych powierzchni dna i dookoła burt i rufy. Wyszperałam jakieś plany.

Wszystko się zgadza - łódź wędkarska bardzo przypominająca moją - nie będzie więc problemu z adaptacją jej na mechanizm przekładniowy, pedały i wał napędowy ze śrubą.
 
Silnik? Jestem przeciwnikiem hałasu nad wodą - dlatego, mój plan wydaje się rewelacyjny. Pedały. Polubiłam ich pracowitość i wytrwałość. Takie niecodzienne a jednocześnie akceptowane przeze mnie uwolnienie emocji. Wychowałam się przecież w tolerancji do tradycji. 

Saper milczał kilka dni - planował, jak urwać się żonie po sezonie. W żaglowni zimno - ja planowałam spędzić weekend przy robieniu pomiarów łodzi i poszukiwaniu inspiracji do realizacji tego planu. Saper w końcu zadzwonił. Wszystko dograne. Załatwił klucze od domku kempingowego ocieplanego z elektrycznym ogrzewaniem - taki z pięterkiem, trzema pokojami, łazienką i prysznicem z podgrzewaczem wody. - Byłam uradowana, że do wiosny moja łódź będzie gotowa do sezonu a pedały w końcu będą miały swoje miejsce w mojej łodzi.
 
Za dwa tygodnie - usłyszałam w słuchawce. Słowa Sapera brzmiały intrygująco. W końcu znaliśmy się dość długo - aby, bez skrępowania przebywać w jednym domku przez jeden weekend - tym bardziej, że w okolicy nie będzie tłumów plotkujących, że Saper ma nowe "koło ratunkowe". Cholernicy ci ludzie - potrafią każdemu przypiąć łatkę dziwkarza i każdej porządnej takiej - jak, ja przykleić niewidoczną naklejkę łatawicy. - Wcale nie uważam się i nigdy nie uważałam za puszczalską - ot, życie i co tutaj mówić lub pisać więcej. To moja sprawa. 

Zbliżał się termin wyjazdu nad jezioro. Saper milczał - bałam się, że się rozmyślił a moje plany z łodzią spalą na panewce do wiosny. - Jednak, słowo Sapera warte raków i szczupaków. Dzień wcześniej jest telefon. - Podjadę po ciebie - powiedział przez telefon. - Jak to? Przecież, ty jedziesz od południa a ja od północy. - To, co? - Powiedział. To, tylko 80 km a jadę swoim kombi - zapakuję przy okazji trochę sprzętu do żaglowni - u ciebie dokupię smaru i wazeliny technicznej - akumulatory potrzebują nasmarowania biegunów. 

Dobrze. Zgodziłam się na wszystko - a wazelina może się przydać - pomyślałam nie mówiąc o tym Saperowi. W końcu weekend pracy nas czeka - nie wiadomo co może się wydarzyć ...


*fragment całości - objęty prawami autorskimi 


2016/10/10

Ostatni dzwonek w sezonie

Jesień - a zwłaszcza jesień życia - to, dla mnie pora na podjęcie wielu decyzji - kim być i jak żyć. Zawiesić aktywność - czy, zamienić ją na różnorodność w formie? - Oto, jest pytanie. Ostatni dzwonek w sezonie? - Czy, ostatni sezon z dzwonkiem?


Przypomniały mi się lata studiowania - tak, studiowania - bo, przecież nie studiów. Studiowałam pilnie - ale, nie koniecznie już pilnie się uczyłam.

Chłopaki mieli takie urządzenie - sex dzwoneczek. Wariaci - ale, mnie to nawet kręciło - bynajmniej byłam informowana o tym, który samiec alfa jest na tyle zdeterminowany, że oznajmia wszem i wobec o co chodzi.

Głuptaski z chłopaków myślałam. Mieli blisko dwadzieścia trzy lata a kilku więcej - nadal zachowywali się tak, jak prawiczki. Zamiast kultywować tradycje z pokolenia na pokolenie - to, wydziwiali jakieś fantasmagorie. Grzeczność nakazywała powściągliwość.

Kilka profesorek wykazywało bardzo niemoralny tryb życia. Dwie nosiły pończochy w grochy, jedna bywała w siateczkowych i czerwonych jak jarzębina butach. Jedna natomiast taka cicha woda - chodziła w garsonce, mokasynach, włosy wylokowane i obklejone lakierem do włosów tak, że tajfun by tego nie zniszczył. Męża miała docenta - wiecznie zajętego naukowca. Sama bywała podobno na salonach. Spuchnięte policzki, podkrążone oczy skrywane pod ciemnymi okularami mogły wiele powiedzieć uważnemu obserwatorowi - mnie mówiły aż nadto wiele. Wczytywałam się w pamiętniki Fanny Hill, a gdy już się udało oglądałam to na okrągło.

Fizycznie pani profesor odbiegała od przeciętności na uniwerku - nawet bardzo. Wydawała się staromodna, pachniała naftaliną od futer, które nosiła każdego sezonu od jesieni do wiosny. Niby taka nieskomplikowana - werbalnie zdradzała perwersję. Buzia się jej nie zamykała i to nie dlatego, aby szminki nie zlizywać - wręcz przeciwnie - potrafiła mówić z czubkiem języka wysuwającym się jak u węża. Syczała na studentki a chłopaków ciągała na kolokwia. Byłam zazdrosna o Pawła z trzeciego roku. Był ciągle na zajęciach dodatkowych u niej. 

Przyszedł sezon prezentów, upominków, podarków, paczuszek skrywuszek i tajemniczych przesyłek. Poszłam na polowanie po sklepikach. Trafił się w sam raz dzwoneczek sezonu. 

Sprzedawczyni zapakowała cudeńko w pudełeczko, serce owinęła papierem - aby, nie stukało po drodze. Wracałam do domu pełna figlarnych myśli. Paweł nawet nie domyśli się od kogo otrzymał tak cenny upominek. Unikał towarzystwa najaranych kolegów, zupełnie inny typ. - Dlatego, profesorka tak go ciągała po tych kolokwiach a on zapewne zaliczał i padał na egzaminie końcowym - bo, im więcej podejść - tym praktyka bardziej opanowana a teoria rozbudowana. 

2016/10/09

Przemijanie

Lustro nie kłamie - powiadała mi babka. Jakże, wtedy miała wiele racji. Miałam naście lat - lustro nie kłamało a nawet wydawało mi się, że przesadnie wypiękniło moje mniemanie o sobie. Ale, tak było - uważałam się za atrakcyjną i nosiłam głowę wysoko tak bardzo, że nie dostrzegałam porwanych tenisówek, które wkładałam idąc do szkoły. Koledzy mieli ubaw, gdy ubrana jak na wesele wkraczałam na korytarze w wyświechtanych butach koloru białego pierwotnie a ostatecznie chyba nawet nie były szare - ale, bardzo szare. Nie wiem dlaczego - zapominałam zmienić tenisówki, w których karmiłam kury i kaczki błąkające się po oddzielonej zagrodzie - na białe, kredowane każdego dnia pepegi. 


Czesałam włosy szczotką z włosia naturalnego - po latach dowiedziałam się, że to niezdrowe dla martwych przecież włosów, w które wcierałam ogromne ilości lotonu z wodą brzozową. Zamiast perfum używałam wody "Basia" - była zielona - co, nie przeszkadzało ojcu próbować jej smaku. 

Zmarszczek przybywało każdego tygodnia, czasem kurze łapki znikały od napuchnięcia twarzy - a ta puchła dość często od płaczu powodowanego wrednością matki. Docinała mi często - za to, że byłam piękniejsza od niej samej. Wkurzała mnie najczęściej zabierając moje tremo do swojej sypialni. Dziwiłam się jej po co jej tremo - ale, po latach sama bez niego żyć nie potrafiłam. Ja dokupiłam jeszcze specjalne krzesło z oparciem i podłokietnikami tapicerowanymi - bo są ciepłe, mile w dotyku i nie ocierają naskórka.
 
Wiele to tremo widziało i jeszcze zapewne wiele zobaczy nim zasłonię je na dobre. 

Nauczyłam się gwizdać na palcach. Z okna gwizdałam na ładne dziewczyny a one oglądały się nie wiedząc kto i po co gwiżdże a ja udawałam, że wyglądam - kto, to gwiżdże. Idiotki - ale, nabierały się masowo. 

Jakiś Krzychu, Janek, Tomek a może i Atomek przebiegali pod moimi oknami wykrzykując - "Grażka chodź na ptaszka" - gnojki jedne. Tak, to mogą sobie wołać Martę albo Dorotę - ale, nie mnie! Właśnie - Marta była dla takich, jak oni - lubiła prostaczków z ulicy, którzy byli synami murarzy lub piekarzy a udawali cinkciarzy. - Ja, rozglądałam się tylko za żołnierzami i tylko ze szkoły oficerskiej WAM-u. 

W telewizji podali, że w Wielkiej Brytanii robi karierę Polka, której prawie nikt nie pamiętał z polskiej sceny - pamiętam tamte czasy - dlatego, powracam do nich często. Wtedy sukces Polski, Polaka lub Polki podnoszony był do rangi wydarzenia stulecia.
 
Jakże, te lata biegną - zarówno ona, jak i ja mamy podobne lustra - tylko, że jej lustro zamieniono w kamery a moje w lornetki sąsiadów.
 
Dzisiaj po latach siedzę i znów o niej mówią w telewizji - zmieniła się bardzo mocno. Kilka lat nas dzieli a w sumie wyglądam gorzej od niej - pomimo tego, że przytyłam i schudłam kilka razy w ostatniej dekadzie. Może Londyn nie każdej kobiecie służy. Mnie akurat Londyn kojarzy się nie najlepiej - byłam kilka lat temu i przywiozłam worek wstydu i porażek. - Ten on - miał być księciem z bajki a okazało się, że ma dwie córki, które od razu wzięły mnie za wrogie ciało w ich domu. W Londynie zostawiłam też odwagę do podróży w nieznane. Janek miał dobrą posadę w firmie brytyjskiej - był nawet przystojny - ale wdowiec po przejściach. Mieszkał z dorosłymi córkami, które zdawało mi się warują przy jego schedzie po żonie. - A ja, nie liczyłam na jego majątek - lecz, na zapomnienie o mojej przeszłości. Kilka tygodni wytrzymałam to ciągłe dogadywanie, spojrzenia spod włosów i niby przypadkowe wejścia do sypialni - kiedy akurat nie powinny wchodzić - gdy, ja i ich ojciec planowaliśmy spanie. No, może nie koniecznie spanie - ale, potem sen byłby wskazany. 

W krześle zrobiłam dwa nacięcia, gdy siadałam przodem odmierzałam dokładnie odległość jaka dzieliła moje łono od oparcia. To, była metoda na refleksję, jak postrzegają mnie mężczyźni, gdy wkładam sukienkę. Brzuszek każdy mieć może a zwłaszcza matka po urodzeniu dziecka, lub dzieci - ale, w pewnym wieku zaczyna to sprawiać problemy. Dlatego, krzesło było idealnym narzędziem do tego, aby sprawdzać wielkość łona jako takiego. Były wzloty i spadki - lecz udaje mi się trzymać poziom zgodny z moimi oczekiwaniami. Nie jestem nadmiernie wymagająca a mężczyźni już dość dawno przestali patrzeć na takie drobiazgi, jak troszeczkę więcej wody tam, gdzie nie udaje się jej tak łatwo pozbawić. Sąsiadka nadal zazdrości mi sylwetki - mimo, że jest młodsza o kilka lat - wygląda fatalnie - ale inny tryb życia prowadziła. Ja, poza SPA używałam życia. Basen, wędrówki po górach, często wyjazdy nad Morze Czarne, czasem wypad nad Adriatyk, bywałam także w Grecji i Hiszpanii. Ona - praca, dom, zakupy, telewizor - zamiast urlopu. - Ale, kto kombinuje ten ma. - Ja, wiedziałam zawsze, jak zorganizować sobie wakacje, urlop, wczasy - bez kasy. W sumie byłam gościem - bo, o sponsoringu raczej nie było mowy - osoba towarzysząca swojemu panu i władcy płacącemu rachunki. 

* fragment całości przygotowywanej dla wydawnictwa   

2016/10/05

Jesienią... - lekcja życia

Przeżyłam w życiu wiele i wielu ludzi musiałam przeżyć - teraz pora na podsumowanie kilku faktów towarzyszących mi od wielu lat. - Znajomi? - Przeważnie ludzie nie wiedzący nic o mnie poza tym, że jak wiedzieli coś to tyle, ile ja chciałam, aby wiedzieli. 



Rodzina? - Wiele lat żyłam w związku rodzinnym opierającym się o pozory i tolerowanie wynaturzonych społecznie zachować - niedorzeczne mijanie się z napieraniem na siebie - gdy, tylko ku temu była okazja.

Przyjaciele? W sumie jedynie w kochankach widywałam przyjaciół - bo, dzieliłam z nimi moje ciało oraz czasem czas jakiś. Mężczyźni ujmowali mnie swoją prostotą konstrukcji pojmowania kobiecości - gdy, tym czasem ja jestem konstrukcją bardziej skomplikowaną niż biblijna Ewa. 

Wśród kobiet nie mam przyjaciółek i nigdy nie miałam - ale, potrafię wyłuskać swoje tyczki wokół których owijam się, jak bluszcz i czerpię z nich energię. Czasem kradłam facetów przyjaciółkom na raz - aby, udowodnić sobie i im, że trwałość małżeństwa jest złudna a ja potrafię rozwalić nawet najbardziej udane małżeństwo lub związek. Już taką mam naturę. 

Ale nagadałam się pewnego dnia do Renaty - mojej koleżanki z okresu pracy w urzędzie miasta. Wtedy prowadziłam tam kursy dla tych, którzy musieli zaliczyć pewien zakres wiedzy na wyższy poziom kariery. - Renata była asystentką a ja wykładowcą. Spędziłyśmy ponad trzy miesiące razem. Było o czym gadać. Ona pełna kompleksów rubensowska piękność buduaru a ja dojrzała i wiecznie nienasycona hiena na wszystko, co się rusza i nie ucieka na drzewo - aby, było rodzaju męskiego - chociaż przecież tak do końca nie jest to prawda - bo, w Holandii popuściłam kilka razy wodze fantazji.
 
Renata była inna - potrzebowała udowodnienia sobie, że jest kobieca, ponętna i oczywiście jedyna w swoim rodzaju. - Może i była - ale, na mnie nie robiła żadnego wrażenia. Wylałam jednak przed nią większość swoich żali do świata i oczywiście przybarwiłam to kolorem lawendowym - aby, Renacie było lżej to przełknąć, że to - co, dla niej jest tak trudne - dla mnie jest nudne. 

Przyjęłam postawę wobec bliskich bardzo neutralną. Zamykałam dostęp do siebie każdemu, kto mógłby rozszyfrować moją naturę poprzez analizę bytów realnych i mistycznych.

Październik, w sklepach rozpoczyna się okres przygotowań do sezonu świątecznego. W tym roku widać, że koniunktura spada - sklepikarze wydają więcej na reklamę a mniej zarabiają. Przyciągające uwagę witryny nie dawały powodu do optymizmu. Starzeję się - życie ucieka w szalonym tempie - nie osiągnęłam nic - dokuczyłam wielu ludziom, rozbiłam kilka małżeństw i odebrałam ojców kilkorgu dzieciom. Nie ma czym się chwalić - dranie z nich byli - ale, chciałam ich mieć dla siebie. Byli i znikali - a ja, cieszyłam się realizacją marzeń - tych malutkich - o wielkim świecie nigdy nie marzyłam - nie nadaję się do wielkiego świata blichtru i popeliny - pomimo tego, że terpentyną cuchnie mój świat - nie ocieram się o sławę. Ostatnio rozpoczęłam wyprzedaże, porobiłam czystki w szafie, sprzedałam nawet kolekcję płyt winylowych, które odziedziczyłam po ojcu opuszczającym mnie i matkę w pośpiechu.

Jakiś czas temu wyśnił mi się malutki nissan - taki lekko damski - jakby z żurnala - tylko, że nie potrafię prowadzić samochodu - nie wiem dlaczego opuściłam tą lekcję życia.
  
c.d. - w książce przygotowywanej przez Wydawnictwo Prawda 


2016/10/03

Kino, Detroit i...

W kinie byłam ostatni raz może rok temu - film interesujący - ale, mało z niego pamiętam. Byłam z kuzynką, jej drugim mężem i jego kolegą. Siedzę przed telewizorem i oglądam ten sam film, który wtedy oglądałam w kinie. Teraz sama, opatulona grubym swetrem w fotelu pachnącym przypaloną kawą. Czemu akurat tak pachnie - nie wiem. 



Wracając pamięcią do wydarzeń sprzed roku. Byłam grzeczna, jak mało kiedy. Kolega siedział obok mnie a kuzynka i jej facet obok mojego kolegi po prawej. 

Film rozkręcał się w stronę bardziej horroru niż dramatu - przypominał mi trochę "Wilczycę" Marka Piestraka - ale, nie pamiętam nawet tytułu - produkcja amerykańska z lektorem - lektor siedział trzy rzędy przed nami. Siedzę, oglądam ten sam film i mam amnezję - w głowie same wspomnienia. 

Gdy, robiło się zupełnie ciemno - kuzynka poruszała się nerwowo - jej facet - to, jakiś napaleniec - nie dawał jej spokojnie oglądać. Byli ze sobą chyba trzy lata z małym hakiem - a ciągle wydawało się, że ona ją podrywa od nowa. Jego ręka ciągle błądziła po jej nogach - zachowywał się tak, jakby był chory nerwowo - musiał kłaść rękę tam, gdzie normalnie nie powinien. Co, ona na to? Właśnie - ta idiotka pozwalała mu na takie zachowania - chociaż, ją to wkurzało. 

Ktoś z tylnych rzędów komentował sceny od podtekście erotycznym - chociaż fabuła filmu była pokrętna - to, na mnie nie robiło to wrażenia. Takie historie bywają codziennością w tych czasach - tylko ludzie to ukrywają.  Jakaż błazenada - dorośli ludzie a zachowywali się tak, jak licealiści pierwszy raz odwiedzający kino z filmem od lat osiemnastu. Film amerykański - a scenariusz - to, chyba kupili od jakiegoś Polaka - bo, imiona trojga bohaterów to: Anna, Marta i Wanda. Takie polskie jakieś - ale, nie było o tym dokładnie nic powiedziane. Sceny filmu - to, okolice Detroit - gdzie, polskich emigrantów od kilku wieków nie brakowało. Najbardziej Wanda - brzmiało po polsku. Anna była bibliotekarką, Marta była inwalidką pracującą w obsłudze klienta przychodni rejonowej - a Wanda - właśnie - ta była żoną przedsiębiorcy pogrzebowego, którego nazwisko brzmiało tak dziwacznie jakoś Janowsky lub Janowiak, albo Jankowsky - typowo polskie - dlatego, może Detroit położone blisko Chicago kojarzono także z Polakami. 

"Wilczyca" - ten film mogłabym nagrać sama a scenariusz byłby jeszcze bardziej wciągający. Nie ominęłabym wątku zawiści i podstępu dla osiągnięcia celu - tak, jak to roiło się wiele razy w mojej głowie. Wiecznie mi brakowało zaspokojenia zwierzęcego instynktu posiadania swojego terytorium. 

Kuzynka syknęła - nawet nie próbowałam na nią spojrzeć - chyba, nie byłby to dobry pomysł teraz patrzeć na nią. 

Natomiast mój kompan zachowywał się jak prawiczek - ściskał dłonie między kolanami - gdy, zza rogu wyskakiwała pokraka jakaś strasząca trzy bohaterki filmu wracające z knajpki, gdzie wypiły o kilka drinków za wiele. - Ta Wanda, od tego przedsiębiorcy pogrzebowego ciągle panikowała - ręce jej latały, jakby była lekko upośledzona a ona oświadczała swoim przyjaciółkom, że ze strachu miała orgazm. - Szalona jakaś - bo, te dwie patrzyły na nią, jak na nawiedzoną. Marta pytała się jej - czy, mąż to wraca z tej pracy przy nieboszczykach trzeźwy, czy wstawiony i pada na łóżko a ona go oporządza do spania. W odpowiedzi słyszały, że mąż jest nie tylko abstynentem - ale, ćwiczy jogę i trenuje wspinaczkę górską. - Było pozamiatane - trzy "wilczyce" wybierały się na miasto i polowały na prawdziwych facetów a nie na pasjonatów jogi i wspinaczek górskich pochłaniających w facetach całą energię. 

One potrzebowały budowlańców, którzy łazili w dżinsach, nosili kaski na głowach, pasy robocze z młotkami do wbijania gwoździ - którzy byli silni, sprawni a przede wszystkim na delegacji z dala od domu. Potrzebowały pachnących potem facetów - to, je kręciło. 

Mnie też kręcili budowlańcy - ale, tacy z wyższym wykształceniem - inżynierowie - nie koniecznie pracujący na budowie. Za to interesowali mnie faceci w kaskach na głowach - kojarzyło mi się z bezpieczeństwem takich relacji. Facet w kasku jest taki twardy. Kojarzyło mi się to jednoznacznie. 

Film kończył się - mój kolega ściskający dłonie między kolanami zaproponował mi, że mnie odwiezie do domu swoim samochodem. Przyjechałam z kuzynką i jej facetem - ale, co mi tam - przecież nikt nie zakazał mi wracać z kim chcę. Zgodziłam się - do dzisiaj nie żałuję tej decyzji... - chociaż, minął już rok - to, nadal czasem go widuję i mamy kontakt telefoniczny. 

Detroit będzie zawsze kojarzyło mi się z facetami w żółtych kaskach budowlanych, potem i koszulami flanelowymi. 

*fragment fikcji literackiej - fragment książki - prawa autorskie zastrzeżone

2016/10/01

Z burleską w tle


- Do spowiedzi nie chodziłam nigdy poza pierwszym okresem lat szkoły podstawowej. - Wiara chrześcijańska napawała mnie lękiem - nie byłam wierząca - a bynajmniej nie wierzyłam w to, co głosili księża. Byłam kilka razy w synagodze - tutaj czułam się lepiej - ale, też nie było to moje miejsce - nie potrafiłam oddać się w tej pobożności. W czasie pobytu w Londynie odwiedziłam meczet - tam mimo wyboru - poczułam się kamieniowana nim jeszcze opuściłam mury. Kilka razy miałam zaproszenie do sekty a innymi razy do przystąpienia do partii. - Wybrałam wolny zawód po to, aby być wolną w wybieraniu - stąd pozostaję do dzisiaj ateistką - mimo, że czasem deklaruję wiarę w jakiegoś boga - tylko nie wiem, czy taki istnieje. 

Wierzyłam bardziej w kabałę i różnego rodzaju horoskopy. - Na pierwszą randkę w życiu wybierałam się po rozmowie z wróżką, która przepowiadała mi bogate... ale, w zmiany - życie.

Wspominałam matkę, gdy namawiała mnie do odwiedzin znajomej wróżki, która matce wypowiedziała klęskę jej małżeństwa i chorobę powodującą notoryczne drgawki policzka. Matka wstydziła się tej choroby - bo, chwilami policzek wydawał się jakby był z galarety. Często siniał i trudno było to retuszować. 

Szesnasta trzydzieści - to godzina, kiedy rozpoczynały się nabożeństwa majowe. Całą klasą chodziliśmy na msze a po nich włóczyliśmy się po okolicy od parku do parku, albo od sklepu do sklepu. Park do napicia się wina, które chłopaki smakowali, jak koty mleko a my patrzyłyśmy na nich, jak na idiotów - zamiast się z nami całować - to, oni popijali wino i gadali o kartach i strzelnicy.

Paweł był ministrantem. Jego natura była inna - nie palił, nie pił, uprawiał siatkówkę i sporo pływał na jeziorku od wiosny do jesieni. Widywałam go wracającego z kąpieli - bo, nie zmieniał kąpielówek i dżinsy miał mokre. Wyglądał lekko komicznie, ale przecież był wysportowanym młodzieńcem.

Dzisiaj Paweł ma wnuka też o imieniu Paweł. A ja, nadal spoglądam na dziadka, jak w tedy, gdy był ministrantem. Czasem rozmawiamy, opowiada mi wtedy o tym, jak to przestał być ministrantem i został żołnierzem zawodowym. Otóż, do kościoła zawitał garnizon. Sporo ich było - może nawet z tysiąc chłopa - jak malowani. Paweł w komży i pelerynce wyglądał już jak alumn - tylko, sutanka go zdradzała. Ale wśród żołnierzy wyglądał elegancko i wyróżniał się wzrostem.

Kilka tygodni po tym wydarzeniu - siedział już w pociągu do Wrocławia - tam podjął nauką w podchorążówce. Po latach dowiedziałam się dopiero, że ożenił się mając dwadzieścia lat. - Nie przetrwało to jego małżeństwo zbyt długo. Żona była pielęgniarką w jednostce wojskowej. Coś im się nie poukładało. On sam doczekał emerytury wojskowej i nie zerwał kontaktów z rodziną. Był na misjach pokojowych, pracował w sztabie okręgu, zrobił kilka specjalizacji. Wszystko wyglądało na to, że jest zadowolony z życia.

Ja, nie byłam i interesował mnie tym bardziej. Posiwiał, ale nie przytył bardzo - taki blisko dwumetrowy facet na wojskowych nogach. - Jakie to wojskowe nogi? Otóż - takie nogi, które jak mężczyzna idzie to przytupuje lekko palcami. Taki chód można poznać z daleka. Lubiłam przyglądać się defilującym żołnierzom.

A więc, Paweł z duszą ministranta został majorem i wiódł spokojne życie pomiędzy mieszkaniem a działką rekreacyjną, o której opowiadał znajomym zawsze, gdy tylko mógł zabłysnąć jako ogrodnik i stoik. - Tak był opanowany, cierpliwy i dlatego taki pociągający. Byłam nim oczarowana nadal.

Pościerałam lakier z paznokci - waciki wrzuciłam do kosza metalowego i podpaliłam, aby zniknęły sobie na zawsze. Aceton jest fajny - bo, nie pozostawia wacików praktycznie wcale a te nie zaśmiecają środowiska po tym, jak są używane do zmywania lakieru. Każda kobieta tak powinna robić - bo, lakier i wacik potrafią zalegać w przyrodzie - jeżeli, nie są dobrze zutylizowane - przez wiele lat zanim emalia ulegnie rozkładowi.

Słońce walczyło z chmurami. Pogoda typowo działkowa. Cieszyłam się, że Paweł po latach przypomniał sobie o mnie - a ja, byłam gotowa na takie spotkanie nawet sam na sam na jego działce rekreacyjnej pełnej podobno sprzętu do fitness i basen miał tam być oraz altanki dwie - bo, gospodarz często wyprawiał tam imprezy dla przyjaciół.

Słońca tego lata nie brakowało - mając śniadą cerę byłam opalona, jak czekolada mleczna - taki cukiereczek - taka krówka ze mnie - w sam raz do posmakowania.

Założyłam różową bieliznę i taki sam biustonosz. Na to wrzuciłam sukienkę w kwiaty i balerinki ze skóry. Mam już swoje lata ale nadal czuję się młoda duchem a nawet bardzo młoda - bo, przyciągam wzrok dwudziestolatków z małym noże naddatkiem. Kiedyś, jeden powiedział do mnie - jesteś w wieku mojej matki - ale podniecasz mnie bardziej niż moja dziewczyna. Byłam osłupiona wyznaniem ale połechtało to moją... - no, właśnie poczułam wtedy wiatr we włosy. Przyciągałam rówieśników moich dzieci a one nie wiedziały o tym - dogadując mi często, że jestem już zmurszała jak Puszcza Białowieska, która pomimo wieku nadal stara się odradzać i eksplodować zwłaszcza wiosną na nowo i na nowo, aż tak do zimy. Nie cierpię zimy - ponura, mokra albo mroźna - muszę ubierać się jak na Alasce - a ja jestem natury lotnej, wolnej, woalkowej. Wo...alkowej - skojarzyło mi się z alkową, której nie omieszkam zapominać. - Moje dwa światy.

Paweł zadzwonił pierwszy raz pytając - czy, jestem już gotowa - bo, on tak i może po mnie przyjechać na umówione miejsce. Specjalnie wybrałam parking kolo "samu" - bo, to nie wzbudza skojarzeń i podejrzeń a przy okazji można zrobić stosowne zakupy na działkowe spotkanie.

Poprosiłam, aby poczekał w samochodzie a jak się pojawię, żeby wyszedł i pójdziemy kupić coś fajnego. Sklep, jak na osiedlowy asortyment miał nie lada - a sama lada obfitowała w delicje.

Paweł prowadził samochód - więc-, nie było za bardzo mowy o alkoholu - ale, przecież to nie grzech skosztować po lampce czegoś wybornego.

Jest! Dzwoni drugi raz. Tak, tak - jestem gotowa - oznajmiłam najmilej, jak potrafiłam stosownie do sytuacji i mężczyzny, którego podziwiałam w młodości swojej i jego.

Liczyłam schody jak szalona - nie wiem czemu, przecież wiem dokładnie ile mam schodów na klatce schodowej - uczyłam się ich kilka miesięcy - aby, w razie ciemności nie potknąć się i upaść. A wiadomo to - gwałciciele grasują po blokach, kombinują z oświetleniem i napadają na bezbronne kobiety. - A że, też na mnie nikt nie chce napaść. Ale, schody swoje znam, jakby jakiś amator damskich torebek mnie napastował w ciemności - to, bez potknięcia bym zwiała do mieszkania.

Trzysta szesnaście kroków do  sklepu - tak od drzwi bloku do drzwi sklepu. - Nie jestem szczególnie pedantyczna w liczeniu - bo, liczę na siebie i swoją wyobraźnię - ale, odległości w krokach tak jakoś zaczęłam liczyć jako nastolatka - trenując przy tym pamięć. Przydało się do nauki języków - zwłaszcza francuskiego - bo, angielskiego uczyłam się łatwo. Z francuskim jednak zwlekałam wiele lat aż posmakowałam i potem od czasu do czasu podnosiłam poziom edukacji poprzez kontakty z Francuzami chcącymi nauczyć się języka polskiego. Ja, im "francuza" a oni mi po francusku odpłacali. Szarmancji w nich bez ograniczeń - a to perfumy, albo jakieś ciuszki z porządnego butiku. Jeden nawet zabrał mnie do burleski - czego nie żałowałam nigdy. Było cudownie.

Paweł siedział w samochodzie ale drzwi miał uchylone. Noga w dżinsach wyglądała jak słup posadowiony w bucie kowbojskim. Twardziel, jak się patrzy. Wielki mężczyzna, wielki samochód i wielki bukiet kwiatów w jego rękach. Wstał - podeszłam, a on podał mi męską silną dłoń i pocałował bardzo po męsku - ale, tak emocjonalnie w policzek. To, idziemy zajrzymy do sklepu i zmykamy - na działce powinno być wszystko, co nam potrzeba. Na pewno? Zapytałam i spuściłam wzrok jakbym się zawstydziła. - Spojrzał i się uśmiechnął. Tak - tutaj kupimy może tylko świeże truskawki i lód w kostkach - bo, chyba tam nie ma za wiele w lodówce. - Puścił mnie przodem - a ja, nie wiedziałam na co on teraz się patrzy - na moje plecy, pupę, czy może jak chodzę - jak się poruszam. Czułam jego wzrok dosłownie na każdym centymetrze mojego ciała. Badacz - pomyślałam sobie. Ale to dobrze, że nie napaleniec. Taki rycerski a zarazem widać, że nie cofa się przed podjętymi decyzjami.

Może kwadrans zajęło nam chodzenie z koszykiem po sklepie. Wrzuciłam śmietankę w sprayu i koszyczek kiwi. Popatrzył na mnie lekko zdziwiony - powiedziałam do niego - przyda się może ta śmietanka do czegoś - przecież bierzemy truskawki. Uśmiechał się jeszcze bardziej. Taki wygolony, gładziutki, śniady - burzył krew w moich żyłach. - Przykucnęłam nagle. - Co się stało? Zareagował natychmiast podając mi rękę, abym się nie przewróciła. - Nic, nic. - Serce nie sługa -. powiedziałam. Chyba nie zrozumiał - bo powiedział, że powinnam iść do kardiologa. Och - żeby on wiedział, ilu ja kardiologów odwiedziłam, aby tylko chcieli mnie badać, dotykać, porównywać rytm w spoczynku i po wysiłku. Oj, Paweł, Paweł - to, przez ciebie ta krew mi tak krąży, że serce nie nadąża pompować a śledziona szaleje.

W samochodzie wyprostowałam nogi - popatrzył na mnie z fotela kierowcy, jak się wyciągnęłam zamykając powieki. Nie wiem, co widział a czego się tylko domyślał - ale, ściskałam uda tak, jakbym miała siedem orgazmów jednocześnie. Przeżyłam coś, czego nie potrafię nawet opowiedzieć - tak nagle, gdy tylko wsiadłam do jego samochodu tak cudownie pachnącego mężczyzną.

Suka ze mnie - pomyślałam - ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.


 *fragment całości objęty prawami autorskimi      

2016/09/30

Na weselisko

Sześć lat minęło od weekendu, który spędziłam na zabawie weselnej. Dość długo - patrząc na czasy i domniemanie przyjaciół, jakich sobie gromadziłam hurtowo na wszelkie sposoby. To zły znak - taka masa przyjaciół, że jakąś partię mogłabym założyć albo stowarzyszenia - nawet fundację - a ja sześć lat nie byłam na weselu. 


Sobota, godzina jedenasta szesnaście - jestem w negliżu i oglądam swoje udziska, których nikt nie ściska. - Cholera - pomyślałam, co ja robię ze swoim życiem - przecież mogłam żyć tak, jak moje koleżanki, których mężowie urzędnikami byli, w bankach pracowali - dziewczyny bywały na balach, bankietach, rautach, wczasach w luksusowych ośrodkach. A ja, siedziałam i czekałam - aż, ktoś zaprosi mnie na wesele. Sama, znów sama. Pan i książę - ma swoje plany - powiedział, że wrósł z wesel już dawno. Pewnie ostatni raz był na weselu naszym wspólnym - całą wieczność temu.

Oglądałam sukienkę - byłam w niej już gdzieś - ale, przecież tylko raz i to wszystko. - Pasuje w sam raz i do mojej figury - też do okazji - taka kloszowa, szeroka, taneczna. W sumie wszystko mam, co chciałabym włożyć. Nawet korale mam pasujące do sukni. Buty zamszowe - jasne z klamerką.

Bielizny zabieram cztery komplety - nie wiadomo, jak to noc się potoczy a nad ranem może różnie być przecież. - Wesele w zajeździe z pokojami gościnnymi. Pojadę z przyjaciółmi ich limuzyną - obiecali zabrać mnie w obie strony. Ich jest dwoje a ja sama. Obiecałam przyjaciółce, że nie zmarnuję tej okazji - ale, że wrócę razem z nimi w niedzielę na noc do domu.

Skrzyżowałam nogi. Poczułam się skrępowana sama przed sobą. Coś niesłychanego - pierwszy chyba raz poczułam takie uczucie zażenowania wobec samej siebie.

Jeszcze perfumy do torebki, plastry na ewentualne urazy stóp, waciki do makijażu, tonik, mleczko, fluid, paleta i pędzelki.

Biżuteria. Właśnie - zamiast obrączki - postanowiłam włożyć dwa dodatkowe pierścionki. W sam raz przykrywają dokładnie ślad po obrączce. Tą nosiłam regularnie dla oka przed dziećmi i rodziną - przecież byłam im to winna.

Jedziemy. Krzysiek prowadzi a ja z Zosią siedzę na tylnej kanapie. Zośka, ta cholernica tylko się uśmiecha i nic nie mówi. Kanapa służyła jej i mnie w poprzednie wakacje nad jeziorem w bardzo przyjemny sposób. Krzyśka nie było - obie miałyśmy na dancingu farta i przykleili się do nas bliźniacy - tacy jacyś - szybko o tym zapomniałam - aż do teraz, gdy Zośka poklepała zagłówek dłonią tak, jakby chciała mi przywołać tamten wieczór.

Krzysiek ani mruknął - on dobrze prowadził - ale, swoje wiedział - z Zosią żyli jak stare dobre małżeństwo - łączył ich biznes i dzieci a reszta to tylko pozory- Oboje miewali kochanków. Tak teraz pomyślałam, że przecież to tylko życie - nie wiele różnili się ode mnie - mieli tylko kasę, której mi brakowało ciągle jakoś - pomimo tylu zabiegów i prób zmiany tego stanu.

Godzina jazdy za nami, jeszcze pół około i będziemy na miejscu. Gadałyśmy o wszystkim i niczym - Zośka podkręcała się przed weselem a Krzysiek puszczał weselną muzę w kompaktu dając głośniki na full. Lubiłam tą piosenkę - chociaż kojarzyła mi się ze wsią a ja ze wsi lubiłam tylko stodołę i siano. Sypianie na sianie - to lata licealne, kiedy jeździłam z koleżanką i jej bratem do ich babci - a tam stodoła pachnąca sianem i końmi. Konie stały w stajni obok - ale, ich zapach przenosił się do stodoły ogrzewanej słońcem i właśnie sianem w sąsieku pamiętającym nie jedno zapewne nocowanie i spanie do piania kogutów i nas licealistów i maturzystów traktujących stodołę, jak hotel pod gwiazdami.

Nie wiecie czym jest sąsiek? No, tak - wielu z nas nie wie - więc wam podpowiem - bo, warto nie tylko wiedzieć - ale, spędzić chociaż raz gorącą noc w sąsieku.

Krzysiek nie ustawał w disco-polowych nagraniach - w końcu jechaliśmy na weselisko a nie wesele - jak się bawić - to, nie przy Depeche Mode.

Wpadałam w pewien trans a Krzysiek wiedział, że tak mnie podkręci i to, że jadę sama na wesele przestanie być problemem. "Wspomnień czar" - to piosenka, którą przeżyłam raz a porządnie. Proste rytmy a sukienka wiruje i nogi się plączą. Po dwóch godzinach i tak wszyscy zaczną mieć humorek po kilku głębszych.

Otworzyłam okno - klimatyzator wyłączony - było ciepło a mnie potrzebny był wiatr we włosy. Jechałam z nimi a wspominałam samotnie - nawet Zosia nie zauważała, że odpływam na tej kanapie wspominając tamten wieczór na tej kanapie.

A skoro o wspominaniu, to przypomniało mi się "Ostatnie takie trio" - film, który oglądałam na DKF-ie podczas pierwszego roku studiów - jakże przypominało mi to moje - co prawda miejskie wesele - ale pełne akcentów podmiejskich a nawet mocno wiejskich.

Jesteśmy na miejscu - zajazd znałam od kilku lat - byłam tutaj na obiedzie kilka lat temu. Pozmieniało się sporo - przybyło zieleni. Rzeka Warta płynąca dosłownie kilkadziesiąt metrów od posesji zajazdu Mazurek - szumiała na kaskadach. Marzyłam o pokoju z widokiem na rzekę - nawet powiedziałam Zośce, aby porozmawiała z gospodarzami wesela o tym. Pewnie - bo, my też chcemy mieć pokój z widokiem na Wartę. To mnie połaskotało - oni i ja w jednym pokoju. - Och - precz kudłate myśli...!

*fragment całości - objęty prawami autorskimi