2016/12/12

Mróz ścisnął

Początek grudnia a zimno, jak w styczniu na Syberii. - Coś mnie niepokoiło. Byłam chora, siadło mi zdrowie - te wszystkie lata ugania się za groszem bez dospania, bez właściwej diety, alkohol - robią swoje - pewnie za dużo było tego balowania. Siedziałam z nogami zwisającymi z łóżka szpitalnego i spoglądałam przez okno. Parapet pokryty kilkoma centymetrami białego puchu i tylko gołębie cierpliwie zaglądają w okno. Dziwne stworzenia - ludzie patrzą na to, co dla gołębi jest codziennością a one wpatrują się w okna ludzkich domów - czują ciepełko i żebrzą o okruszki ze stołu. Nie karmiłam nigdy ptaków - ptak musi wykarmić się sam a jak lichy ptak - to i nie podziobie. 



Wieści z jezior nie były pomyślne. Mróz skuł lodem na kilkanaście centymetrów całą powierzchnię jeziora. Poprzedni sezon moja wyremontowana łódź spędziła w żaglowni - ten sezon nie. Choroba uniemożliwiła mi skutecznie wyjazd jesienią - aby, przygotować wszystko do sezonu zimowego. Nowym szefem żaglowni został jakiś przytupas wójta gminy i nie było mowy o układach - aby, coś zrobił za darmo albo z grzeczności poczekał na zapłatę. Łódź została na lodzie a dokładniej na wodzie, którą skuł lód i to porządnie. 

Kończyła się pewna epoka w moim życiu - czułam się tak samo, jak moja łódź bez wioseł - stara, wyeksploatowana i dziurawa - tylko łatanie mi zostało. 

Przecież, to już blisko dwadzieścia lat minęło od kupna łodzi bez wioseł - nigdy tych wioseł nie kupiłam. Udoskonalona wersja ze śrubą napędową sprawdziła się - ale, hałas silnika nie pozwalał na ekscytowanie się tym pluskaniem wody o burty. 

Każdego dnia dzwonię do Zenka a ten dzwoni do krewnych, którzy co kilka dni pojawiają się nad jeziorem bez względu na porę roku i pogodę. Obserwatorzy ptaków, biegający z lornetkami i aparatami fotograficznymi dziwacy liczący dziki drób. 

Siedziałam i wyobrażałam sobie to, co zastanę nad jeziorem w maju - obraz nędzy i rozpaczy - bo, co można zastać, gdy tyle się zaniedbało lub zapomniało, że istnieją zasady, których nie mogłam przecież łamać bez końca. Wyobrażałam sobie łódź bez wioseł pogrążoną wśród pływających dookoła ryb. Ciarki mnie przeszły. Ryby napawają mnie lękiem - odkąd wysiadłam z łodzi, która czasem służyła mi do łowienia. Nie jestem lękliwa - ale, we snach mam koszmary, że zjadają mnie piranie - i zostają tylko kości. 

Gdzieś, w Polsce zostawiłam marzenia - chyba, już zapominam czym są - nie odczuwałam ich tak dawno, że zaczęłam żyć tylko podłym uganianiem się za facetami, którzy nie potrafili mnie zrozumieć. - Ale, jak facet ma rozumieć kobietę, której trudno dogodzić i to pod wszelkimi walorami. Zadufana się zrobiłam, pazerna na wszystko - jakbym miała lada moment zejść z lodowiska, które trzyma mnie i moją łódź bez wioseł w okowach. 

Drzwi uchyliła salowa - wsuwając mop między drzwi i futrynę wjeżdżała jak wojska napoleońskie - szybkimi ruchami taktycznymi robiła swoje. - Jak dobrze, że nie byłam nigdy skłonna do sprzątania - bo, jeszcze zostałabym salową jakąś albo wolontariuszką w hospicjum i posługiwałabym chorym niedołężnym staruszkom. Ohyda. - Tylko, nie staruszkom. Wolę młodsze towarzystwo i może dlatego jestem teraz na tej sali postrzegana jak wiedźma, co to odróżnia się od rówieśniczek, które siedzą z paciorkami w dłoniach i mamroczą coś pod nosem. - Nigdy tak nie potrafiłam. Owszem zdarzało mi się pomodlić w godzinie nieszczęsnej - ale, żeby klepać pacierze godzinami, albo biegać ciągle do kościoła - tego nie przeżyłabym. Całkiem inne życie moje od tych podstarzałych babć, którym umykam nawet teraz - bo, one niańczą wnuki a ja nawet o wnukach pomarzyć nie mogę. 

c.d.n. w książce oczywiście

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są moderowane