2017/10/29

Malowanie w łodzi

Siedziałam na ławce w parku miejskim. Dosłownie sto kroków ode mnie gwar samochodów wybijał ludzi z mozołu i wprawiał ich w patatajkę. Tak w patatajkę, czyli taki koński pęd za wszystkim i za niczym. - A ja siedziałam i dumałam. Malowanie w łodzi. Tak sztalugi, pełna gama farb i paleta oraz pędzle - oczywiście farby akwarelowe - szybkoschnące na powietrzu. - Rozpędziłam swoje galopujące myśli - gdzie, blisko znajdę sklep z potrzebnymi mi artykułami - ale, w mgnieniu oka przypomniałam sobie, że mogę podwędzić je domniemanemu artyście malarzowi, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji - starając się udowodnić, że jest artystą a nawet z czeladnikami malującymi niby to freski w klasztornych krużgankach - nie miał startu.



- Cóż - jak pomyślałam, tak zrobiłam. Jednak kilka rzeczy i tak musiałam kupić- czyli, farby akwarelowe i pędzelki "czerwona kuna" serii 3102 - oddające subtelność akwareli.

Wsiadłam do taksówki. Trzy godziny i miałam wszystko - ależ ulga. Jeszcze lody w gałce - wylizałam gałkę po gałce - pięć gałek - a co, a jak! Jak szaleć - to szaleć. 


Tylko patrzeć, jak burza dopadnie mnie na mieście. - Zadarłam kieckę ponad kolana i między kroplami deszczu wpadłam do sutereny mieszczącej kawiarnię. - Zapachniało wanilią, kawą i innymi wonnościami. Włosy zmoczył mi już deszcz - wyglądałam zapewne dziwnie - bo, co drugi włos się pokleił wodą do sąsiadującego. 

Ale, nie o tym. Założeniem był wypad nad moje jezioro do łodzi bez wioseł. Tak sobie zaplanowałam, że ustawię w łodzi sztalugi i będę teraz ja artystką  tylko, nadal nie wiedziałam - czy, namaluję pejzaż - czy, też martwą naturę - a może znajdę modela. O, tak - model stojący po pas w wodzie. A może, tylko po kolana. Też dobrze - chociaż mniej cenzuralnie - ale, może bokiem - a może w geście.

c.d.n. 


2017/08/25

Kronika przypadków i upadków miłosnych

Przeczytałam kilkanaście książek o kobietach traktujących rzeczywistość, jak hodowlę koni. Jakiś czas dostawałam po takiej lekturze torsji tak bolesnych, że czasem czytałam książki tylko na czczo i tylko przed południem. Kuzyn wpadał raz na miesiąc do mnie na obiad - wtedy gadaliśmy prawie do kolacji. - Pytał - dlaczego, nie jadam - a ja odpowiadałam, że jadam - ale, tylko obiady i podwieczorki - i to czasem za wiele - gdy, wpadam w wir czytania o tak nieprzyziemnych kwestiach. 

Hodowla koni, to zajęcie bardzo wyczerpujące - ale, już posiadanie stajni - nawet takiej małej z jednym ogierem albo dwoma lub trzema - według zapotrzebowania i sezonu oraz wygody - to, już całkiem przyjemna sytuacja. - Oddawałam się tej pasji poznawania środowiska dalekiego od feministycznego - tak bardzo, że dostrzegałam w sobie niesłabnące libido - jakbym takiego owsa pałaszowała między ogierami. Coś w tym jest - przecież klacze są zawsze zadbane i otoczone troską hodowców. 

Wrzuciłam już chyba piąty bieg - a nadal pociągała mnie jazda bez trzymanki. - Wybrałam się do teatru na spektakl traktujący o trójkącie w małżeństwie - takiej poliamorii. W rzeczywistości natrafiłam na tytuł spektaklu teatralnego przez przypadek - przeglądając miesięcznik artystyczny, w którym czasem pisałam o rodzinnej pasji ekspresjonizmu w malarstwie - oczywiście dla czytelników zagranicznych. Nie pamiętam już, jak zahaczyłam się do tego pisania - ale, to był przypadek i nawet w przyjemny sposób nawiązany. 

Analizując opowieści kilka lat starszych koleżanek - uznałam, że światem rządzi zasada stajni - jak, w nic innego przypominająca realny świat wyemancypowanych kobiet, które uwolniły się w XIX wieku od przemożnej dominacji mężczyzn. - Wtedy też prawdopodobnie wraz z nastaniem epoki fotografii - kobiety owładnęły, jak nigdy wcześniej wizualizację marzeń i fantazji męskich. Nigdy wcześniej nie było zapewne tak łatwo zrealizować mar i zjaw sennych oraz fantazji opartych o obraz. 

Małżeństwo zaliczyłam do nieudanych - ale, zaistniałych. Przybrałam od początku małżeństwa pozę i delektowałam się tylko historycznym przekazem roli kobiety w związku - co, mnie ograniczało i wyrywało ze mnie wszelkie siły witalne. 

Rozczytywałam się w periodykach, a tym czasem niepokoiło mnie zachowanie kilku sąsiadek, które zdecydowanie uganiały się nie za domowymi pieleszami - ale, znikały na całe wieczory i noce najpierw w kawiarniach, potem w kinie lub teatrze - a noce nie wiadomo gdzie spędzały - bo, do domu to one wracały przed południem dnia następnego. - Jedna z nich - ta Tereska z trzeciego piętra kamiennicy przy głównym deptaku - zaczepiła mnie chyba dwa tygodnie temu. - Spytała, jak się czuję w roli żony i matki. - Nie dziwiło mnie to jakoś. Miała na sobie kapelusz żywo wyjęty z epoki wiktoriańskiej. Zawsze ubrana w spódnicę i bluzki z fiżbinami, które uwydatniały biust tak ekspresywnie, że nawet mnie pobudzała a co dopiero męską część mijających ją przechodniów.

Zaproponowała mi weekendowy wypad do operetki w gronie jej przyjaciółek. - Była ode mnie starsza chyba z dziesięć lat. Popatrzyłam na nią i wyobraziłam sobie siebie w jej oczach. Widziała obraz nędzy i rozpaczy - mimo, że dbałam o siebie ile tylko mogłam. Jednak przy niej czułam się kopciuszkiem. - Zapytałam tylko, czy muszę się jakoś szczególnie ubrać lub przygotować. - Odpowiedziała z lekkim uśmiechem - ależ tak droga sąsiadko - będziemy miały towarzystwo przystojnych panów, którzy ekscytują się sztuką, operetką nadzwyczaj a do kina chadzają od niechcenia - bo, ciasno i często cuchnie nieświeżością. 

Wysprzątałam dom - zostawiłam margines bezpieczeństwa - oświadczając mężowi, który już zapominał, że jestem kobietą a traktował mnie bardziej jako gosposię potrzebującą na przeżycie - że, sąsiadka zaproponowała mi wieczór spędzony w gronie "gospodyń domowych".



Ponad trzy godziny, dwa antrakty - tyle bowiem trwa "Baron Cygański" Johanna Straussa - jakże pożądana chwila oderwania się od rzeczywistości. Libretto według opowiadania Maurycego Jokaya "Saffi", jakie otrzymałam od sąsiadki było pochłaniające tak bardzo, że postanowiłam porządnie się przygotować - zaszalałam nawet i poszłam na całość. Od bielizny po suknię w stylu epokowym tak bardzo, że chyba zatkało dech moim sąsiadkom. Wydałam trochę pieniędzy - ale wiedziałam, że nie mogę stracić takiej okazji. Zapowiadałam sama sobie niepowtarzalne wrażenia - tego wieczoru - a wiedziałam już, że nie wrócimy do domu na noc - więc, tym bardziej. 

Jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka dokładnie - ale, zdradziłam Teresce moje ostatnie pasje do lektury i jej tematykę. Nawet przybrała uśmiech od ucha do ucha - takiego tętniącego wyzwaniami.

Wróciłam późnym wieczorem w niedzielę... po tygodniu. Nie wszystko pamiętam. Jednak pamiętam więcej chyba sprzed operetki niż z tego, co działo się przez cały tydzień. - Wróciłam do innego już świata. Hodowla ogierów stała się moją pierwszą pasją. 

*fragment całości - powieści w trzech tomach - prawa autorskie zastrzeżone


Poddupniki w łodzi

W lipcu, jak to w lipcu - gorąco niemiłosiernie. Paweł pojechał na kolejne szkolenie. Już nie wyrabiam z tymi jego szkoleniami co weekend. Pracuje od wtorku do piątku - ale, od kwartału każdy weekend porywają go jacyś specjaliści od budowania marki. - Tak, jakby marka była ważniejsza ode mnie. - Paweł na szkoleniu pod Włocławkiem a ja sama nad jeziorem. Łódź bez wioseł - nawet pozbyłam się na ten weekend parasola i silnika. Przycumowałam na łódź do nabrzeża dosłownie dwie minuty od żaglowni. Pomost blisko - widoki interesujące ale spokojnie - turystów wywiało nad morze oraz w Tatry. Miałam pojechać i ja w góry - ale, zabrakło tym czasem czasu - przybywająca ilość pracy ogranicza mi od dwóch lat swobody. 



Paweł zaliczył doktorat. Nie wiem, jak to robi - ale, on nie uczy się wcale a nawet wydaje mi się, że ktoś mu to załatwia. Jego układy, jego życie. Ja jestem tylko dodatkiem do wszystkiego - chociaż, to jego pogląd. - Ja uznałam, że to on jest dodatkiem do mojego życia - przecież nie jest pierwszy i nie jest ostatni. - Zapewne znajdzie sobie piękną pannę z doktoratem i razem podbiją swój świat nauki. Nie zazdroszczę takim młodym pannom - są jak głupie gęsi - nie potrafią docenić zmęczonego młodego mężczyzny - wyssałyby takiego, jak pestkę z czereśni. - Młode i wymagające - zwracają uwagę na wszystko - tylko nie na czas wolny. Ich czas wolny jest spaniem między jednym a drugim szkoleniem. A te szkolenia, och - te ich szkolenia, te bankiety, te wieczorki zapoznawcze.

Ja, tym czasem doskonaliłam łódź - dostałam od kombajnisty z okolicy - dwa krzesełka obracane. Wymontował je z jakiej maszymy rolniczej. Metalowe - ale, ładnie pomalowane i te siedziska wyprofilowane - plastikowe co prawda - ale, to przecież w sam raz na moją łódź.  

Takie dwa poddupniki w łodzi - wygląda teraz tak, jak wojskowa amfibia. Wojskowa - ach, to wojsko - gdybym tylko mogła - to, przyciągnęłabym tutaj cały pluton żołnierzy - aby, skakali z tego pomostu do wody - a ja bym patrzyła i tak patrzyła - a oni by skakali i nurkowali - podpływali i zagadywali - a ja bym ich odpędzała dogadywaniem - a oni by skamlali. 

Do żaglowni miałam klucz... a tam piwo w lodówce. Trzy wareckie - na cały weekend. Chyba, że jednak trafi się wieczorem jakieś towarzystwo. - Ostatniego wieczoru komarulce kąsały mnie w siedzisko - jakby wyczuwały, że jeszcze we mnie krąży gorąca krew. 

Osiemnasta. Cisza - ale, co jakiś czas mija mnie samotny wędkarz - uśmiechnie się taki i idzie dałej - moczyć kija. - Odczekam tak do zmroku - podejdę, zagadam, piwem poczęstuję - fajnie, jak chociaż jeden zaplanował nocne moczenie kija. 

c.d.n. 

*fragment całości - objęty prawami autorskimi

2017/07/25

Przeboje polskiej cycoliny

W samym środku lata pchnęło mnie na portugalskie podboje - tam dopiero nabierałam wigoru i brązowego koloru. Lato - wszystko wydarzyć się może - i to lazurowe morze. Towarzyszył mi mój José - któremu  nie sposób było odmawiać uciechy - chociażby, tylko dla tych podróży jachtem białym, jak śnieg na Kilimandżaro. - Właśnie - połączenie zimnych nocy i gorących dni - uwalniało we mnie emocje. Zapominałam kim jestem, kim byłam i kim będę - oddawałam się w całości chwili. 



Nie traciłam nic - a zwłaszcza nie traciłam pieniędzy, których tak bardzo potrzebowałam na to nudne życie po powrocie. Dwa światy - tutaj, taka wolna i swobodna - nieznana nikomu, wyluzowana i szalona bez cugli. U siebie wśród sąsiadów, znajomych i rodziny - pokorna i cnotliwa - chociaż, wszyscy oni wiedzieli, że aniołkiem - to ja nie byłam i nie jestem. 

A więc José, Neymar, Sancho i Marcos oraz Ema, Lucinda i Raquel - czyli, moi kompani w tej kampani letniego szalaństwa ruszyliśmy na wysepki - gdzie, zaszaleliśmy na tyle, że chwilami już nie wiedziałam - czy, to realne życie - czy, na pełnym odlocie. Trochę za dużo alkoholu, za dużo... Zdecydowanie powinnam uważać - bo, to nie opuchlizna - ale, nadmiar kalorii wylewa mi się z sukienki. 

Operacja plastyczna - co prawda uratowała biust - ale, już biustonosze nie radzą sobie z jego nadmiarem. Ten chirurg chyba był mammafilistą - chociaż, kto go tam wie - bo, wyglądał na faceta o bardzo ograniczonym życiu z uwagi na nadmiar pracy. Być może, jako lekarz chirurg plastyczny był doskonały - ale, jako facet prywatnie - przemęczony i uciekał w relaks latania na motolotnii. Miał taką przed kliniką - widziałam, jak wzbijał się w przestworza - jak, jakiś ikar. 

Wiatr wiał - włosy targał - a ja, jak Rose z Titanika - witałam bezkres oceanu. Szalone chwile dopełniały się wieczorami spędzanymi na jachcie zacumowanym w pobliżu wysepki.

Moi znajomi z upartością puszczali przeboje polskiej cycoliny robiącej karierę w niemieckim show biznesie - chociaż, nie w moim stylu - to, poddawałam się piosenkom. José wypił trochę za dużo wina - klapnął w kajucie, jak worek marynarski wypchany szmatami. Reszta towarzystwa bujała się na pokładzie rytmicznie. Byli upojeni atmosferą. Spadały ograniczenia - zatracały się granice rzeczywistości. 

Wina nie brakowało - zaczynało brakować zdrowego rozsądku. Co, co oddalało na początku - teraz zbliżało. Pełen luzik. Chłopakom puszczały bariery. Sancho - pomimo siwizny na głowie nadal był marynarzem oceanów i mórzy. Wykrzykiwał z pokładu - jakby był Posejdonem a jacht przecinał fale.

Z upływem czasu, ubywało szampana i wina. Przybywało ochoty na zabawy pod pokładem. Rzuciłam kolejną butelkę po winie do oceanu - nie utonęła - wypełniona do polowy odpłynęła w kierunku brzegu. Rozpoczynał się przypływ - trzeba było uważać - bo, skał dookoła nie brakowało. Włączony silnik spalinowy skierował jacht w stronę przystani... czekałam na te chwile, jakie zaplanowałam w domku na skałkach nad samą plażą. 

*fragment całości. Prawa autorskie zastrzeżone.


2017/07/24

Srumta niemyta

Siedziałam w łodzi zacumowanej zapewne z dwieście metrów od brzegu a dookoła panowała jedwabista cisza, lustro wody jakby wyprasowane - nawet jednej fali, nawet nartniki jakby stąpały nie roztaczając kolistych kręgów na wodzie. Niesamowite - ile, oczy mogą widzieć w tak niezmąconej wodzie. Jezioro nie należało do głębokich - więc, pomimo sporej odległości od brzegów a szczególnie od mojego brzegu oznaczonego "Przystań 61" - widziałam dno - piaszczyste porośnięte roślinkami nie większymi, jak kilkanaście centymetrów - a wśród nich przemykały ławice małych płoci, czasem dostrzegałam kilka okoników młodzików. Patrzyłam w toń - przysłaniając się parasolem, jaki zamontowałam w łodzi wraz z nastaniem upałów - dawała boski cień a nawet służyła jako żagiel, gdy wiatr pompował ją. Kabłąki powiązane do rączki pozwalały na nawet spory rajd "żeglarski" w stronę brzegu - albo, uciekając od brzegu w stronę środka jeziora. Nie było miecza, nie było steru, nie było wioseł - więc, parasol stanowił idealne doposażenie łodzi. 


Spomiędzy trzcin, gdzieś zapewne trzysta metrów ode mnie widziałam grupkę kąpiących się mężczyzn. - Nie byli to młodziki - raczej faceci niż chłopcy. Skakali z pomostu do wody. Matko boska - jak oni skakali do wody mającej nie więcej niż może dwa metry - na główkę! - Czyste szaleństwo. Ale widziałam, jak nawet łamanym skakali - a to wymagało już od nich wprawy nie byle jakiej. Sama nie potrafiłam nigdy skakać do wody na głowę - bałam się czegoś, coś mnie odstraszało od wtopienia się z impetem do nieznanej topieli. Nie, nie! To, nie dla mnie - bałam się tych wszystkich roślin wodnych mogących oplątać mi się na szyi lub szorować po ciele. Każdy dotyk w wodzie jest taki spotęgowany wielokroć receptorami czuciowymi na skórze. Odkręciłam głowę od wpatrywania się w pływające ryby i raki umykające pomiędzy wodorostami i zainteresowałam się tym, co ci młodzi skoczkowie do wody robili. A właśnie skakali i wyciągali coś kolorowego z toni, która pochłniała ich na kilka sekund - wyciągali właściwie kolorowe bardzo fluoroscencyjne jakieś przedmioty. - No, tak! Przecież widać, że to kadra ratowników wodnych, którzy wczoraj przyjechali i zakwaterowali się w pokojach nad żaglownią. - Dopiero teraz zaskoczyłam, dopiero ciarki przeszły po mnie. Jakże mogłam zapomnieć - tacy przystojni młodzi, wysportowani, męscy, opaleni - niesamowicie uroczy panowie.  

Skakali już pewnie z godzinę. Gwizdek, skok do wody - kilka sekund pod wodą i wypływa z trofeum dzielny pan ratownik. Bez kamizelek, bez koszulek, bez czepków - wyglądali bardziej na miejscowych łobuziaków niż na ekipę ratowników. 

Nie było innego wyjścia, jak tylko delikatnie powiosłować parasolem w stronę brzegu - aby, z bliska podziwiać ich sprawność, gibkość i te mięśnie brzuchów, te tricepsy, tą radość życia, jaką wkładali w każdy skok - słychać ich było zapewne na kilometr przy tak gładkiej powierzchni jeziora. 

Tunika leżała na mnie prawie doskonale - kolorowa, prawie idealna na plażę i do kina - no, właśnie prawie - jak, to prawie robi różnicę. Poprawiłam wszystko na sobie i jestem już nie dalej, jak dwadzieścia metrów od śmiałków. Skakali nie zwracając na mnie uwagi. A ja, zakotwiczyłam prawie na granicy trzcin. Kamień kotwiczący poszedł na dno, cuma przyciąnięta maksymalnie na sztywno. Nadal bezwietrznie. Tutaj bliżej brzegu jednak trochę chłodniej od sosnowego lasu, jako okala jezioro. 

Oni skakali a ja patrzyłam jak zaczarowana. - O, Jezu! - Serce mi o mało nie wyskoczyło z piersi a może to pierś chciała wyskoczyć z łodzi! Ależ się wystraszyłam. Jakieś łapska chwyciły burtę łodzi i nagle wszystko zrobiło się tak niestabilne, że o mało nie wpadłam do wody. Kosmata jakaś morda wyłoniła się z wody! Czarny potwór z głębin - wielki, jak orka a może jak kaszalot - cały w kombinezonie do nurkowania. Psiuknął do tyłu i po chwili zagadał do mnie - prawdziwy, żywy nurek. - Ależ serce mi waliło, jakbym walczyła ze sztormem na pełnym morzu. - Przeprosił, że mnie wystraszył - ale, zrobił to celowo - bo, podono wpłynęłam na terytorium opanowanym przez praktykujących adeptów ratownictwa wodnego. A on - wielki pan instruktor pływał jako organizator ustawiania tego, co oni wyławiali z wody. W kilka sekund pojęłam, że jestem intruzem na ich wodzie. - Ale, ale - jakiej ich - to, przecież okolice mojej przystani a oni bazowali przy przystani chyba nurmery od 30 do 40. Tak bynajniej mi się wydawało po wczorajszym rekonesansie, gdy przyjechali i łazili brzegiem jeziora. 

Wcale się mną nie zainteresował ten kosmaty powtór z głębin a nawet niezbyt elegancko mnie potraktował prosząc o szybkie odpłynięcie od ich terytorium treningowego - jakby do nich należało pół akwenu. Niebywałe. 

Poprosiłam, żeby chwycił cumę z kamieniem ktowiczącym i odholował mnie kawałek od tego miejsca - będzie szybciej niż ja parasolem będę wymiatać. 

Zanurkował - poczułam szarpnięcie, chwyciłam się obiema rękami burt i jednym ślizgiem pomknęłam po linii trzcin może z 200 metrów. Odpływam... ale, kilka chwil od momentu, kiedy nurek pociągnął za cumę - usłyszałem od skaczących ratowników niemiłą zagrywkę. - Otóż, do uszu dotarło do mnie: " srumta niemyta - wpakowała się nam akurat tam, gdzie były poustawiane miny!". - Och, ty! - pomyślałam - chwyciłam parasol i uderzyłam ze złością w wodę kilka razy! - Wiem, że dla nurkujących to niezbyt miłe uczucie, gdy są pod powierzchnią wody a ktoś wali w taflę wody ile sił. Coś za coś! Złośnica jestem i nic na to nie poradzę. - Czasem ciężko żałuję tego, co robię! - Właśnie, nurek zgubił chyba mój kamień do kotwiczenia! Zniknął, a ja z lekko rozpędzoną na wodzie łodzią wpłynęłam prosto w szuwary. 

*fragment całości - prawa autorskie zastrzeżone


2017/07/13

W kinie

Pachniało fotelami kinowymi - weszliśmy jako pierwsza para. Seans premierowy - bilety otrzymane w prezencie od fundacji opiekującej się wolontariuszkami pracującymi na rzecz potrzebujących i wymagających samotnych panów poszukujących oderwania od problemów związanych ze stresem pracy w biznesie i korporacjach. W Japonii od tego są gejsze - lecz w Europie nie przeszło to z uwagi na inne tradycje i klimat panujący w społeczeństwie. Ktoś dawno temu zorganizował wolontariat a nasze protoplastki podzieliły się z uwagi na przekonania i poglądy - na kilka grup wolontariatu. Jedne zajęły się wspieraniem osób przewlekle chorych i hospicjów, inne wolały pomaganie żołnierzom na froncie, po froncie i przed frontem a jeszcze inne wykonywały wiele innych prawdopodobnie przydatnych czynności wspierających męską zwłaszcza część populacji. 



Szósty rząd siedzeń, sześćdziesiąty szósty fotel i sześćdziesiąty siódmy. Przekorność losu kusi zawsze skojarzeniami. Zabrałam swojego żołnierza - bojownika o prawa wolontariuszek do opiekowania się wycieńczonymi męskimi rewolucjonistami pragnącymi tylko tego - aby, po każdej bitwie zalec w szpitalnym łożu w nadziei, że siostra przełożona przyśle miły personel opiekunek.

Szybko robiło się tłumnie - jak, to na premierze filmu - po dosłownie kwadransie wyczuwało się już w powietrzu nie tylko przyjemny zapach - ale, co było robić - takie kina nawet klimatyzowane nie radziły sobie z widownią oczekującą na wejście nawet kilka godzin w kolejce - a nie wszyscy posiadali bilety kupione wcześniej lub otrzymane jako deputat za jakieś wyrzeczenia. 

Zasiadłam w fotelu - ale, z emocji nie mogłam wytrzymać i uścisnęłam swojego partnera na tej premierze. On taki żołnierski - nawet teraz w mundurze - co podkreślało tylko moją pozycję społeczną przy nim. Mundurowy - za mundurem - panny i mężatki - sznurem! - Chyba coś pokręciłam - w piosence nie było chyba mowy o mężatkach. A co tam! Nikt nie musi wiedzieć prawdy, jak ja tej prawdy nie rozsiewam dookoła. 

Ależ się cieszyłam - jak kiedyś - gdy, dostałam włoskiego loda, którego nie wiedziałam - podziwiać czy wylizywać - bo, ubywało go w szybkim tempie w słoneczny, upalny dzień - co nie dziwi - bo, lody nie lubią zbyt gorącej atmosfery.

"Star Wars" - 30 marca 1978 roku - kino wielkie i wygodne - dźwięk powalał na kolana - ruszyła najpierw Kronika Filmowa - sala zamilkła - a rozległ się hałas laserowej broni. Niesamowite efekty. Kurczowo chwytałam się miecza - mimo, że nie miałam go nigdy w ręku. Ale takie emocje, takie emocje. Wszystko we mnie drgało. A on? On siedział wpatrzony w ekran, gdy ja chwytałam go co chwila za rękawy. Ludzie oszaleli na punkcie George'a Lucas'a. Muzyka John'a Williams'a - wtłaczała w fotele. Byłam oczarowana efektami. Nie tak dawno brałam ślub a tutaj nagle tak szybko z przyjacielem byłam na premierze wspaniałego filmu. Mąż - pojechał z grupą studentów na kilka dni gdzieś do Wrocławia. W sam raz wszystko się poukładało. Serce mi podskakiwało do gardła - gdy, akcja przeradzała się z dialogów w nagłe pełne emocji sekwencje bitewne. Chwilami chwytałam rękę mojego żołnierza, chwilami obiema rękoma chwytałam podłokietniki i czułam się tak, jakbym sterowała bolidem kosmicznym w czasie akcji. Zresztą te akcje ze strzelaniem... no właśnie - nigdy im nie brakuje amunicji, są młodzi, pełni energii i tacy waleczni. 

Ostatnie sceny filmu wzruszały mnie do łez - a mój przyjaciel usadowił się w fotelu wygodniej - jakby chciał przyjąć pozę wygranego pana i władcy. - Nie wiedziałam, co oznaczało założenie obydwu rąk na kark przez mężczyznę - ale, już wiem. Nie miałam mu za złe przyjęcie takiej pozy - w końcu był moim Chlewie.

Wracając do domu - odprowadzana przez serdecznego mi przyjaciela w mundurze - czułam się zaspokojona emocjonalnie i nie tylko - wszystko we mnie grało, poruszałam swoje pokłady emocji. Pożegnanie było prozaiczne i szybkie - w końcu było już dość po dwudziestej drugiej - a marcowe nadal powietrze skłaniało do szybkiego wtopienia się w pościel, aby dopełnić emocji we śnie.

*fragment książki - prawda autorskie do tekstu zastrzeżone

2017/07/09

Grzybienie białe

Siedziałam chyba dwie godziny na rozpalonej, jak patelnia łodzi a w sumie w łodzi. Słońce paliło niemiłosiernie a ja patrzyłam, jak moja skóra jest pomarszczona od starości. Nie pomaga nic - ani kremy, ani naturalne smarowanie. Może mam za starych tych masażystów i krem jakiś nie bardzo gęsty. Muszę nad tym popracować - bo, ohydnie jest patrzeć na dekolt i udziska - o pupie nie myślę już nawet - obwisło mi wszystko. Opalacze nie ogarniają już tego wszystkiego. Wzięłam sobie na lipcowy weekend trochę wolnego od wszystkiego i ruszyłam na moje jezioro. Na brzegu siedzieli pan Zdzisio i pan Rysio obok niego - moczyli swoje kije i popijali piwo chłodzone w wodzie w siatce na ryby. Jednego znałam tylko z widzenia i imienia. Ale, pan Zdzisio był we mnie zakochany od wielu lat, adorował mnie, sprawiał mi przyjemnostki czasem w żaglowni a innym czasem zadawalałam się tylko perfumami lub innymi drobiazgami, które Zdzisio przywoził z Portugalii, gdzie namiętnie podróżował w poszukiwaniu łowisk. Należał do towarzystwa emerytów, które skupiło się wokół łowienia na wędkę poszukiwanych okazów bacalhau i robalo. - Kilka razy towarzyszyłam Zdzisiowi w takiej wyprawie - co, obfitowało bardzo bliską znajomością ze szczegółami, jakich ani ja, ani wędkarze nie rozprawiają nawet na łowisku. Bywałam więc w Portugalii czasem - wcale nie w poszukiwaniu a raczej na łowisku - czując się jak przynęta do wzięcia. 

Lipiec, krajowe łowisko i ci dwaj nad brzegiem - co jakiś czas machają mi butelkami piwa - zapraszając do towarzystwa. - Naciągnęłam mocniej słomkowy kapelusz udając, że nie widzę jak machają i nie słyszę - bo, woda pluskała o burty łodzi. 



Zacumowałam między grzybieniami białymi (Nymphaea alba L.), wyciągałam z wody całe pędy z kwiatami i układałam w łodzi na dnie, gdzie uzbierałam trochę wody do kostek - co, w taki upał sprawia przyjemność nogom - w sam raz przydała się do grzybieni.

Zamieszkałam tym razem na cały weekend w kempingu - jakby przekornie - chcąc wieczorem być odizolowana od nadmiaru wścibskich oczu i uszu. Nikogo nie powinno obchodzić z kim jadam kolację i czy ten ktoś opuszcza mnie wieczorem - czy, dopiero nad rankiem wymyka się ukradkiem. 

Zdzisio jednak odpada. Za stary już trochę - to, nie to samo, co wypady w przeszłości do Portugalii, gdzie byłam jego prawą ręką, a on moim jedynym wtedy towarzyszem dni i nocy. Co, to były za czasy - wcale nie myślałam o tym, że zostawiam męża i dzieci na całe czasem lato. Wracałam opalona, z pełnym portfelem i prezentami. Nigdy nie musiałam tłumaczyć - co robiłam - bo, przecież tłumaczyłam tylko między kolegami, co gadali - jak się już dogadywać nie potrafili. 

Rozglądałam się po linii brzegowej a tutaj niespodziewanie podpływa do mnie omega - prawie bezszelestnie z opuszczonym ożaglowaniem. Dopiero dosłownie na kilka metrów spostrzegłam, że jesteśmy na kursie kolizyjnym a dokładniej ta omega płynie prosto na mnie. - Krzyknęłam - w jednej sekundzie uniknęliśmy kolizji. - Po kilku sekundach znad burty wyłonił się marynarz słodkich wód - opalony, wąsaty i brodaty kapitan omegi odziany jedynie w skąpe kąpielówki - co, nie uszło mojej uwadze. - Słów przeprosin nie żałował a rzucał ich tak wiele, że wydawało mi się, iż tonę pod ich wodospadem. W mgnieniu oka oceniłam szanse i możliwości. Trafiłam na podatny grunt. Niedoszły korsarz miał może trzydzieści kilka lat i był lekko brzuchaty od piwa - ale, za to elokwentny i zagadał po angielsku, co nie sprawiło mi problemu. - Oznajmił, że pracuje i mieszka w Australii - a do ojczyzny powraca na wakacje - bo, ma jeszcze rodziców, których obiecał rok w rok odwiedzać latem. - Zaiskrzyło. Gadka się kleiła. Zacumował przy mnie i tak rozpoczęła się konwersacja oparta o macanki wzrokowe. Uwodziłam go nie dając mu szans na oderwanie wzorku ode mnie. Był mój po może pół godziny rozmawiania o sztuce, malarstwie i bohemie. - Spytał czym się zajmuję, dlaczego samotnie siedzę w łodzi bez wioseł, co sprawiło, że nazbierałam tyle grzybieni białych. - Zapytał też - czy, mam towarzystwo na wieczór - bo, on wpadnie tylko do rodziców i miałby ochotę na spędzenie wieczoru w towarzystwie. 
Wiele słów w kilka minut - nie miałam wątpliwości - ten korsarz to moja zdobycz a nie ja jego.

*fragment / prawa autorskie zastrzeżone



2017/07/05

Między aligatorami

Wydawało się, że nic mnie nie zaskoczy, że każda moja intryga ujdzie mi na sucho. Ale, tylko mi się wydawało. Wpłynęłam tą swoją łupiną bez wioseł na terytorium aligatora, który pilnował rewiru, gdzie bawiło jego młode aligatorzątko. Byłam pewna siebie a nawet lekkomyślnie uważałam, że jestem panią i władczynią sytuacji - pewność samej siebie rozsadzała mi cycki w gorsecie. - Aligator wyczuł, że jestem na jego terytorium intruzem. Jego korpus wtopił się w całości w wodę. Zamarłam ze strachu, że naruszając mir tego miejsca skalałam świątynię pradziejów swoją pazernością na przygodę. - Mijały sekundy a może nawet minuty - każde uderzenie fali o burtę łodzi przyprawiało mnie o palpitację i tak schorowanego serca, które bez lekarstw nie funkcjonowało. Sięgnęłam do kieszonki po tranquillizer - połknęłam dwie tabletki. Nie wiem - ile, to trwało. Wiem natomiast, że zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam zakłócać spokoju tego miejsca swoją łodzią i samą sobą. 


 
Sześć metrów - tyle około mógł mierzyć osobnik, który znikł w odmętach brunatnej wody. Cisza dookoła a na brzegu wylegiwał się młody aligator, który wcale nie patrzył na mnie, jak na osobnika akceptowanego w tym środowisku.

Aligator przyglądał mi się z kilku metrów, wyczuwał doskonale, że jestem przypadkowo na jego terytorium, że zamierzałam tylko popływać po tym akwenie. Nie ukrywam, że liczyłam także na jakiś łup, który zabrałabym ze sobą jako trofeum wypadowe. Zbierałam już wiele przedmiotów - nawet prezerwatywy zapachowe i ekskluzywne inne gadżety z połowy świata. Jednak spotkanie z aligatorem, suwerenem na jego terytorium przy mojej pazerności na emocje - było zdecydowanie nieodpowiednim zachowaniem z mojej strony. Wiedziałam, że robię źle, że niepokoję system swoją płciowością. A woda bulgotała, jakby w wodzie było stado aligatorów - a feromony ze mnie parowały tak bardzo, że zleciało się stado moskitów - dobrze, że nie muchy - ale, o mało i do tego by doszło - bo, poczułam dyskomfort pod siedzeniem. 

Spokojny, a nawet stoicki aligator robił swoje - nie pokazywał się zbyt często - ale, nieustannie czułam jego obecność. Nie lubił zapewne agresorów na jego terenie. Nie ma co się dziwić - bo, nie wiele jest ludzi tak bardzo natrętnych, jak ja. To, przez wieczne poczucie rui. On też czuł, że jestem w trakcie okresu, kiedy nie panuję nad sobą. Najlepsze lata za mną - wtedy aligatory nie były mi w głowie i zwiedzanie - polowałam na młode kajmany. - Z aligatorem nie taka prosta sprawa - prawdziwy obserwator i wojownik o własne rewiry. Tym bardziej, że w jego zasięgu dostrzegłam wspaniałą samicę - pełną dostojności. Dopiero po jakimś czasie ją zauważyłam - wcześniej nie zwracała na siebie mojej uwagi. Poczułam się intruzem na całej linii. Nijak mi jednak było wracać bez żadnego trofeum. Podpłynęłam do łachy i wbiłam żerdź w piach. Łódź zatrzymała się na chwilę - nie mogłam w tym miejscu opuścić śruby napędowej ani uruchomić silnika. Postanowiłam przeczekać. Lekarstwo na uspokojenie zrobiło swoje. Normalnie w takiej sytuacji bez medycyny byłabym chyba martwa z wrażenia.

Aligatory oddaliły się od łachy i popłynęły pozostawiając za sobą smugę na wodzie - nadleciały muchy... co ja zrobiłam!

*fragment całości - objęty prawami autorskimi


2017/05/27

Remont planowany

Wiosna minęła tak szybko, że ręce opadają. Tomaszek nie pisał do mnie od kilku tygodni. Miły chłopaczyna, taki bawidamek - ale, ja takich uwielbiam - gdybym mu pozwoliła wylizałby mnie całą, jak czekoladę - tylko zapomina chyba, że termin przydatności już mam za sobą. - To, już pół roku, jak był u mnie. Musiałam go mieć chociaż na chwilę dla siebie - tylko dla siebie. 



Mężowi wmówiłam, że mieszkanie wymaga remontu, że dekadę nic nie było robione, że ludzie mają po ludzku a u nas jak w PRL-u - malowane farbą wapienną - niby zdrowo ale może dwanaście lat ściany nie były odświeżane. Niby malarza mam pod ręką, a jednak to nie to. 

Usiadłam i udając, że poszukuję firm remontowych kombinowałam, jak wmówić staremu, że remont jest niezbędny. 

I tak, od słowa do słowa - stary powiedział, żebym robiła co chcę - a przecież większość życia robię co chcę i z kim chcę. 

Powiedziałam, że znalazłam firmę remontującą mieszkania w przystępnej cenie - że, mam już numer telefonu i jutro zadzwonię do tej firmy. Nie było sprzeciwu.

Ucieszyło mnie to, że mogę Tomaszka lekko podstępem zaprosić do mnie, a nie gdzieś do hotelu. Plan był prosty. Dzwonię i umawiam się ze specjalistą od remontów, omawiamy wstępnie warunki i zapraszam go na przedmiar robót. Iście diabelski plan - bo, nawet sam Tomaszek nie przewidywał, jaki bardzo wiłam intrygę. Jak się zaplanowało - tak się wykonało. Mąż siedział wygodnie w fotelu a ja sięgnęłam po słuchawkę telefonu - aby, było mniej podejrzeń - wzięłam gazetę i udawałam, że numer mam z gazety. Pierwsze podejście - nikt nie odbiera, drugie podejście - nikt nie odbiera. Tomaszek nie znał mojego numeru stacjonarnego - więc zaskoczenie powinno być skuteczne - tym bardziej, że mając chrypkę mówiłam zmienionym głosem. - Za trzecim razem odebrał - lekko jakby zdziwiony - zapytał o co chodzi. Powiedziałam, że dzwonię w sprawie remontu mieszkania - a on, że terminy ma aż na rok do przodu zaklepane. Oj, to niedobrze - bo, polecił mi pana znajomy mający solarium. Gdy wypowiedziałam tajemnicze hasło - od razu zorientował się z kim rozmawia. Obawiałam się, że ktoś bliski może być obok niego - chociaż żona pracuje w zupełnie innej branży - to, nigdy nic nie wiadomo, kto w biurze u niego siedzi. - Aby, jednak rozmowa była w obecności mojego męża jak najmniej podejrzana - mówiłam jasno i wyraźnie o remoncie i konieczności zrobienia przedmiaru. Powiedziałam, że dopłacę za skrócenie czasu oczekiwania - bo, środki są zgromadzone. Wyczuwał intrygę - ale, chwycił haczyk. Uwierzył, że chodzi rzeczywiście o pilny remont a przyjaciółce się nie odmawia. Nie odmówił. Zobowiązał się przyjechać za tydzień - powiedział, że z braku rąk do pracy - będzie robił przedmiary osobiście, że ma w tym doświadczenie i nie raz już miał mi zaproponować odświeżenie mieszkania - a ja w duchu dopowiedziałam sobie - tak - potrzebuję odświeżenia. 

Dwie pieczenie na jednym ogniu. Remont może taniej, albo nawet bardzo tanio - a Tomaszek pod ręką kiedy tylko będzie okazja - wykorzystam ją natychmiast. 

Z mężem ustaliłam, że to ja wybieram płytki do łazienki, panele na podłogi i kolory ścian. Zostawiam jemu natomiast wybór sklepu z materiałami - aby, miał za czym jeździć - bo, nudzi mu się widocznie. 

- Tydzień minął mi w podniecającym tempie. Piątek, a ja w siódmym niebie. Posprzątałam prawie jak na święta. Ale, nie wypadało mi, aby był nieporządek. W końcu zaprosiłam fachowca od remontów a taki potrafi wszędzie zaglądać i wnikliwie mierzyć. Taki układ mi pasował. Miarka, tutaj otworek, tam nisza albo podsufitka lub okap a nawet parapet. Wszystko chciałabym wymienić - ale, nie stać mnie już na wymianę wszystkiego - więc, będzie tylko lifting ogólny. 

Fachowiec, jak się patrzy - nawet kask w ręku nosi - jak jakiś inżynier - a to przecież tylko fachura od fuszek zlecanych przez innych. - Mnie jednak pasuje - tym bardziej, że jego umiejętności remontowca najmniej mnie interesowały - podobno od tego miał pracowników - a mnie nie interesowali jego pracownicy - tylko on sam. Nie lubię, gdy malarzowi cieknie z pędzla a kominiarz myli komin wentylacyjny z kominem dymowym. Fachowiec, to fachowiec - ma wiedzieć co z czym się jada oraz kiedy co wypada.

*fragment całości


2017/04/13

Dziedzictwo

Dziedzictwo - jest, jak dziewictwo - otrzymane w darze można utracić z przypadkiem losu. - Siedziałam nad papierami - było tego chyba ze trzy tomy akt do przeczytania i wykreślenia istoty rzeczy. 



Zabrałam się do czytania - ale, niepokoiło mnie wiele pytań - dlaczego, mnie wybrali do dziedziczenia przeszłości - przecież jedyne, co potrafię - to trwonić czas, życie, okazje i szukać ciągle czegoś, czego na pewno odziedziczyć się nie da.
 
Sekretarka sądowa wspomniała coś o tym, że mogę siedzieć spokojnie i przeglądać akta - lecz tylko do trzynastej piętnaście - bo, potem jest przerwa obiadowa i będę musiała przerwać na godzinę. Pośpiech nie jest wskazany w kwestii dziedziczenia - bo, można odziedziczyć kilka milionów długów albo współdziedziczących, którzy zatrują skutecznie życie - tak, że to po mnie będą dziedziczyć dziedziczący. Otrząsnęłam się na samą myśl. 

Jazgot z korytarza dopływał tak skutecznie, że trudno było mi się skupić - tym bardziej, że co kilka minut wchodził i wychodził jakiś sędzia. O rany - jeden pachniał "Miraculum Chopin" - co podnieciło mnie na tyle, iż przestałam skupiać się tylko na czytaniu akt. W myślach przywoływałam tego mężczyznę - powróć, powróć jeszcze raz - w myślach snułam żądanie. Nie powrócił - ale, zapach unosił się dość długo, bo krzątał się po pokojach sekretariatu, jakby był u siebie. 

Szesnaście stron musiałabym skopiować na ksero - bez tego trudno zabrać wszystko w notatkach. - Dopatrzyłam się, że w spadku brakuje kilku ważnych elementów prawnych - czyli, niejasne są stosunki ziemskie w relacjach z poprzednimi właścicielami. To, komplikowało zdecydowanie sprawy. Właściwie wszystko powinien przeglądać adwokat - lecz póki nie dowiem się na czym stoję - to, sama poświęcę trochę czasu. 

Deszcz - minęło siedemdziesiąt minut odkąd wyszłam z sądu, gdzie sekretariat zapełnił się petentami. Skąd ludzie mają tyle czasu na siedzenie w sądach? Daje się zauważyć fakt, że sądownictwo to bardzo skomplikowane przedsiębiorstwo, w którym petent jest na samym końcu. 

Akurat miałam wchodzić do sekretariatu sądowego kiedy odezwał się telefon. - Stefan? A skąd ty masz mój numer telefonu? Gadaj mi natychmiast! 

Rozmowa trwała kilka minut - Stefan - to przyjaciel z przeszłości a okazało się, że pracuje jako serwisant w sądzie przy oprogramowaniu - pewnego razu coś robił z plikami systemowymi - natrafił na rejestry a w nim dopatrzył się mojego imienia i nazwiska. Tam jest mój numer telefonu - gdyż, wiele razy kontaktowałam się z sądem telefonicznie. Skubany cwaniaczek - dobrze go wspominam - porządna firma - zabierał mnie na obiady do Patrii. Zawsze zostawiał sowite napiwki kelnerom a oni dbali, aby na stoliku pachniały kwiaty. Stefan przyzwyczaił kelnerów do ekstrawagancji - jako były oficer wywiadu resortowego - nie miał z tym problemów - wypadek przy pracy skutkował tym, że Stefan zajął się komputerami - co, było zgodne z jego wykształceniem technicznym. 

Uporałam się z aktami - dziedziczę prawie dwadzieścia akrów terenu miejskiego, który mogę wykorzystać pod zabudowę - więc, nie jest tak źle - ale problem jest innej natury - otóż, dziedziczę też niewielką nieruchomość na Tasmanii. O rany boskie - przecież to połowa świata do pokonania. Chciałabym to zobaczyć zanim podejmę decyzję. W opisie i na zdjęciach w aktach nie wiele aktualności - jedynie wycena sprzed siedemnastu lat. Konieczność wyceny aktualnie jest wręcz niezbędna. 

Potrzebowałam prawnika - a ten zapach sędziego nadal miałam w pamięci. - Nic - pozostaje mi pokręcić się po korytarzach sądowych i niby przypadkiem zagadać do pana sędziego, który tak nonszalancko biega między biurkami sekretariatu - ale zerkał na mnie kilka razy uśmiechając się tajemniczo. 


fragment całości - prawa zastrzeżone
c.d.n. 

2017/03/09

Nowy sezon

Nowy sezon w łodzi? Wygląda na to, że potrzebowałam zmian - pojechałam jakiś czas temu zapolować na nowe wiosła do łodzi a przy okazji chciałam zarobić na nową łódź - nie koniecznie taką samą, jak ta stara wysłużona i trzymająca się na siłę - bo, podatki niskie - bo, przyzwyczaiłam się do wygody. 



Przymrozki sprawiają, że kwietniowe słońce dające wiele ciepła w południe - z samego rana odpala tak, jak stary akumulator w syrence. - Kiedy, to było? Stare czasy, gdy po drogach więcej wozów konnych pędziło za szalonymi końmi niż wygodnych sedanów z kanapami wielkimi, jak wersalka. 

Wsiadłam do autobusu - nawet bilety podrożały tej wiosny. Kierowca pracujący na tej trasie wiele lat - poczęstował mnie uśmiechem i oczkiem na powiadanie - jakby chciał powiedzieć - witaj Grażka na pokładzie "tankowca". Właśnie - autobus traktował on sam, jak zbiornikowiec, gdzie wsiadała cała masa młodych i ponętnych pasażerek oraz doświadczonych już mężatek udających się autobusem w podróż za miasto w nadziei spotkania przygody zupełnie innej niż to, co było codziennością. 

Ruszyliśmy równiutko o ósmej piętnaście - dwie godziny jazdy i będę na miejscu - potem dwa kilometry pieszo wzdłuż linii brzegowej jeziora - ale, od niedawna jest to ścieżka rowerowa wyłożona kostką - więc idzie się przyjemniej - tym bardziej, że o tej porze sporo pieszych i turystów na rowerach łapie pierwsze wiosenne promienie słońca. Włożyłam słuchawki na uszy - aby, oddać się przyjemności - zamykając oczy żeglowałam po moim jeziorze w łodzi bez wioseł w oczekiwaniu na to, że osiądę na mieliźnie łachy - gdzie, wyjdę mocząc nogi ponad kolana. 

Wiedziałam, że jadę w stare, dobrze znane miejsca a jednak po rozmowie z mężem, który dawał mi wolną już rękę we wszystkim, co robię i tak od dawna - czułam się jakby inna. Siedzenie było podgrzewane - wstałam, aby podejść do kierowcy i powiedzieć - żeby wyłączył to cholerne grzanie - bo, mi pupa eksploduje nim dojadę do swojego przystanku. - Popatrzył z ironią - ale, wyłączył ogrzewanie - co, zapewne spodobało się kilkorgu współpasażerów gotujących się w milczeniu na swoich siedzeniach. - Ludzie nie mają odwagi powiedzieć czegoś rozsądnego do kierowcy - pana i władcy wielomiejscowego traktora - bo, tak warczał ten jego autobus, że przypominał "bonanzę" wożącą uczniów do szkoły. 

W końcu. - Wysiadłam prostując nogi i rozglądając się - co, to też się zmieniło od jesieni. Nie wiele a zarazem zauważyłam kilka parkanów, znaki poziome pomalowane na świeżym asfalcie i ten wiatr wiejący od jeziora - pachniało wodą - takie zapachy tylko przyjezdni czują - bo, tubylcy nawet nie myślą, jak to jest w zadymionym, pełnym smogu mieście. 

Piętnaście minut idę jeden kilometr - wyliczyłam to sobie na perfekt - dwa kilometry - to, około pół godziny spacerem - rozglądając się po jeziorze i odradzającym się życiu na jeziorze. 

Telefon! Kurcze zapomniałam telefonu. Dopiero teraz sięgnęłam do plecaka a tam... nie mam telefonu. Zrobiło mi się nieprzyjemnie - nie zablokowałam klawiatury i nie wprowadziłam kodu PIN - aby, nikt nie czytał tego, co tam miałam. Trochę mnie to zmroziło a nawet popsuło nastrój, jaki panował w czasie jazdy, gdy obserwowałam kierującego pana Rysia. 

Mąż nie miał zwyczaju grzebania mi w rzeczach ale co innego szafy i szafki, a co innego telefon leżący na blacie stołu w kuchni. - Pokusa była wielka. Zaczęłam nawet rozmyślać - czego, to on się dowie o mnie i moim telefonie - jeżeli, sięgnie do archiwum SMS, folderu ze zdjęciami itd. A co tam - przecież byliśmy po rozmowach i powiedział, że wszystko mi wybacza. Niech więc wybacza - albo nie interesuje wcale tym, co robię. - Telefon - jakże zdradliwe narzędzie współczesności - wystarczy przejąć czyjąś komórkę a już wiemy - kto kim jest. 

Pechozol. Nie wrócę się teraz tylko dlatego, że na parę godzin telefon zostawiłam w domu. Szłam i nie mogłam nacieszyć się wolnością od wszystkiego. Jezioro było moim żywiołem - kąpiele zwłaszcza te nago o zmroku przy płonącym ognisku doładowywały moją zgorszoną duszę nowymi fantazjami. 

*fragment całości