Trzy miesiące bez deszczu, tyle samo beznadziejnego poszukiwania azylu dla skołatanych emocji. Zapanowała cisza w eterze - zamykałam się w pokoju na całe godziny, wychodziłam tylko wieczorami, gdy czułam, że nie spotkam nikogo na tyle odważnego, żeby mi powiedzieć - cześć, jak minął dzień?
Łódź osiadła na dnie jeziora, które wyschło w kilkadziesiąt dni. - Zapowiadali mi, że przenoszenie się w ten region nie jest najlepszym pomysłem. W jeziorze było może metr wody do gruntu. Ale, było długie i szerokie - przypominało nawet kształtem bączka. - Tak, właśnie dobrze to sobie określiłam - bączek spełniał idealnie wyobrażenie o łodzi bez wioseł - chociaż bączkiem pływanie - to, nie byle jakie wyzwanie.
Synoptycy zapowiadali jeszcze nawet miesiąc suszy. Nic, co żywe - nie ocalało bez uszczerbku. - Meksyk jest bezlitosny. W Polsce ulewy a tutaj, jak w piekle gorąco, na domiar do najbliższego miasteczka około trzydzieści mil. - Zachciało mi się egzotyki na stare lata. - Co prawda - pięć tysięcy dolarów amerykańskich piechotą nie chodzi - ale nikt nie dodał, że jadę do piekła. Jonathan dzwoni raz na tydzień - jego badania archeologiczne potrwają jeszcze pół roku - nie wiem, jak ja to wytrzymam sama wśród dosłownie pięciorga tubylców, z czego Rodriguez, to nadal facet z ikrą i spogląda na mnie, jakby nie widział kobiety całymi latami. - Moja śniada karnacja przypominała mu miejscowe kobiety, które we krwi nosiły hiszpańskie geny. - Zupełnie podobnie, jak ja - chociaż, ojciec porzucił mnie i matkę, gdy byłam nastolatką - to pamiętam jego południowy temperament a także południowe rysy twarzy. Matka nie była pierwszą lepszą kobietą - gustowała w facetach z południa Europy a nawet świadomie pomijała białych adoratorów.
Czterdzieści trzy stopnie w cieniu a ja jedynie w bieliźnie i woalce. Stopy mi wysychają tak samo, jak ta ziemia pod łodzią. Nie da się chodzić nawet w skórzanych sandałach - bo, byle kamyczek sprawia ból. Wybrałam chodzenie po ziemi boso - kilka minut stania w miejscu a ziemia chłonie wilgoć stopy - zostaje ciemniejszy ślad od stania, który wyparowuje w kilka chwil.
W sumie praca tłumaczki pasuje mi najbardziej - tłumaczenie tego, co ktoś napisał z interpretowaniem tego, co pomyślał pisząc stała się dla mnie motywacją na cały czas pracy tutaj. Podrzucałam kamyczki w dłoni patrząc na wyschniętą skorupę dna jeziora, w którym podobno w porze deszczów żyją ryby, płazy i inne zwierzątka wodne. - Aż, nie che się wierzyć, że istnieje ten świat. - Gdy, tylko spadnie kilka kopel deszczu - ziemia zamienia się w rajską dolinę na kilka tygodni. Grzechotniki podczas ulewy zmykają na pagórki - czują się tam bezpieczniej. Nawet nie wiem, czy lubią wodę - ale, na pewno lubią zadać śmiertelny cios atakując ofiarę. - Nie tak dawno widziałam, jak wąż przyczaił się na tutejszego kota, który całymi dniami wylegiwał się w cieniu szopy - chodząc z regularności zegara słonecznego wokół niej, aby tylko cień mu nie uciekł. A grzechotnik czai się może pięć metrów od kota. Gad wytrzymały na upał a kot leniwy od gorąca. - Tylko, chyba koci instynkt uratował wylniałego kocura - bo grzechotnik wyskoczył za nim na około metr do góry - taki głodny i zdesperowany - ale, nieskuteczny. Rodriguez zastrzelił niebezpieczną bestię i upiekł na ogniu. - Chciał, abym skosztowała - ale, wolę jednak warzywa i wołowinę, której mi tutaj nie brakuje - chociaż, jest podsuszana - ale smaczna.
Pozostaje mi oczekiwać na wieści od Jonathana, który zapowiedział trzysta stron tekstów do tłumaczenia. Czytam lokalną prasę dostarczaną co dwa dni przez kuriera wożącego materiały wybuchowe do kopalni złota, która znajduje się podobno sześćdziesiąt mil dalej na północ. Dobrze, że taki ktoś nadal istnieje. Jego samochód przypomina dyliżans. Wozi ze sobą wszystko, co zamawiają ludzie żyjący na trasie - ale, paliwo ma w zbiorniku chyba pancernym - wszystkiego może mu zabraknąć - tylko nie paliwa.
*fragment całości c.d.n. / tekst chroniony prawami autorskimi


