2017/04/13

Dziedzictwo

Dziedzictwo - jest, jak dziewictwo - otrzymane w darze można utracić z przypadkiem losu. - Siedziałam nad papierami - było tego chyba ze trzy tomy akt do przeczytania i wykreślenia istoty rzeczy. 



Zabrałam się do czytania - ale, niepokoiło mnie wiele pytań - dlaczego, mnie wybrali do dziedziczenia przeszłości - przecież jedyne, co potrafię - to trwonić czas, życie, okazje i szukać ciągle czegoś, czego na pewno odziedziczyć się nie da.
 
Sekretarka sądowa wspomniała coś o tym, że mogę siedzieć spokojnie i przeglądać akta - lecz tylko do trzynastej piętnaście - bo, potem jest przerwa obiadowa i będę musiała przerwać na godzinę. Pośpiech nie jest wskazany w kwestii dziedziczenia - bo, można odziedziczyć kilka milionów długów albo współdziedziczących, którzy zatrują skutecznie życie - tak, że to po mnie będą dziedziczyć dziedziczący. Otrząsnęłam się na samą myśl. 

Jazgot z korytarza dopływał tak skutecznie, że trudno było mi się skupić - tym bardziej, że co kilka minut wchodził i wychodził jakiś sędzia. O rany - jeden pachniał "Miraculum Chopin" - co podnieciło mnie na tyle, iż przestałam skupiać się tylko na czytaniu akt. W myślach przywoływałam tego mężczyznę - powróć, powróć jeszcze raz - w myślach snułam żądanie. Nie powrócił - ale, zapach unosił się dość długo, bo krzątał się po pokojach sekretariatu, jakby był u siebie. 

Szesnaście stron musiałabym skopiować na ksero - bez tego trudno zabrać wszystko w notatkach. - Dopatrzyłam się, że w spadku brakuje kilku ważnych elementów prawnych - czyli, niejasne są stosunki ziemskie w relacjach z poprzednimi właścicielami. To, komplikowało zdecydowanie sprawy. Właściwie wszystko powinien przeglądać adwokat - lecz póki nie dowiem się na czym stoję - to, sama poświęcę trochę czasu. 

Deszcz - minęło siedemdziesiąt minut odkąd wyszłam z sądu, gdzie sekretariat zapełnił się petentami. Skąd ludzie mają tyle czasu na siedzenie w sądach? Daje się zauważyć fakt, że sądownictwo to bardzo skomplikowane przedsiębiorstwo, w którym petent jest na samym końcu. 

Akurat miałam wchodzić do sekretariatu sądowego kiedy odezwał się telefon. - Stefan? A skąd ty masz mój numer telefonu? Gadaj mi natychmiast! 

Rozmowa trwała kilka minut - Stefan - to przyjaciel z przeszłości a okazało się, że pracuje jako serwisant w sądzie przy oprogramowaniu - pewnego razu coś robił z plikami systemowymi - natrafił na rejestry a w nim dopatrzył się mojego imienia i nazwiska. Tam jest mój numer telefonu - gdyż, wiele razy kontaktowałam się z sądem telefonicznie. Skubany cwaniaczek - dobrze go wspominam - porządna firma - zabierał mnie na obiady do Patrii. Zawsze zostawiał sowite napiwki kelnerom a oni dbali, aby na stoliku pachniały kwiaty. Stefan przyzwyczaił kelnerów do ekstrawagancji - jako były oficer wywiadu resortowego - nie miał z tym problemów - wypadek przy pracy skutkował tym, że Stefan zajął się komputerami - co, było zgodne z jego wykształceniem technicznym. 

Uporałam się z aktami - dziedziczę prawie dwadzieścia akrów terenu miejskiego, który mogę wykorzystać pod zabudowę - więc, nie jest tak źle - ale problem jest innej natury - otóż, dziedziczę też niewielką nieruchomość na Tasmanii. O rany boskie - przecież to połowa świata do pokonania. Chciałabym to zobaczyć zanim podejmę decyzję. W opisie i na zdjęciach w aktach nie wiele aktualności - jedynie wycena sprzed siedemnastu lat. Konieczność wyceny aktualnie jest wręcz niezbędna. 

Potrzebowałam prawnika - a ten zapach sędziego nadal miałam w pamięci. - Nic - pozostaje mi pokręcić się po korytarzach sądowych i niby przypadkiem zagadać do pana sędziego, który tak nonszalancko biega między biurkami sekretariatu - ale zerkał na mnie kilka razy uśmiechając się tajemniczo. 


fragment całości - prawa zastrzeżone
c.d.n.