Połowa maja - połowa wiosny - a łódź jakby zdezelowana kolejny raz. - Wszystko przez to, że zimą nie było czasu na zabezpieczenie jej przed śniegiem i lodem. Chorowałam prawie trzy miesiące - lekarz zabronił mi wszelkich podróży i wychodzenia z domu. - Nawet zakupy robiłam na telefon lub poprzez internet.
Później, już było zbyt późno, aby ratować łódź bez wioseł przed skutkami zimy. Została - nawet bosman nie kiwnął palcem, aby zabezpieczyć ją na cały sezon zimowy. - Wykorzystywał mnie - używał, jak roweru - wsiadał i zsiadał ze mnie, jakbym była przedmiotem do odreagowania stresu. Bydlak jeden - wierzyłam mu a on robił to samo rok w rok.
Trzynaście lat minęło od pochowania Iwony - ona chociaż czekała marca lub kwietnia - kiedy przyjadę do niej i pójdziemy brzegiem pomiędzy budzącymi się do życia trawami i pierwszymi kwiatami polnymi. Cmentarz trzeba odwiedzić - umyć Iwonie pomnik granitowy, który sobie zafundowała jeszcze za życia. - Jestem jej to winna - była wierną przyjaciółką i towarzyszką wielu sezonów w łodzi bez wioseł. Szczera rozmowa z grabarzem opiekującym się od początku grobem przyniosła mi trochę ulgi jeszcze jesienią. Opowiadał o jej życiu, którego nie znałam. Chyba żyła w dwóch zupełnie innych światach - tak, jak ja sama. - Panna, ale ciągle jakby zaręczona z jakimś facetem - a tych nie brakowało - bo wystarczyło, że jakiś ofiarował jej byle jaki pierścionek z oczkiem brylantowym a już umierała z miłości. - Coś nas chyba łączyło - tak - obie uwielbiałyśmy brylanty ofiarowywane przez hazardzistów, lichwiarzy i "czarodziejów" okradających własne firmy - aby, tylko zaimponować nam. - Wspomnienia nawet mnie nie bolą - jej już nie ma a ja nadal mam słabość do pierścionków z drogimi kamieniami.
Dzwoniłam kilka razy do bosmana - ale w żaglowni chyba odcięli stacjonarny telefon. - Wkradła się epoka mobilnej telefonii. - Nie wiem, jak dotrzeć do tylu ludzi, którym jestem winna pamięć.
W sklepie zakcesoriami do remontu łodzi powiedziano mi, że wszystko to, co im podałam przez formularz kontaktowy - będzie kosztowało prawie dwa tysiące złotych. Drogo trochę a jeszcze trzeba włożyć kilkanaście dni pracy.
- Pora poszukać jakiegoś zdolnego emeryta - "złotą rączkę". Emeryt nie jest napalony na kasę a wykazać się lubi - aby, tylko miał pojęcie o szkutnictwie lub był chociaż zdolnym hobbystą cieślą. Naprawa zajmie może kilkanaście dni a może tylko kilka - jeżeli, prace przygotowawcze pójdą sprawnie. Łódź trzeba wyjąć z bagna - bo, zarosła szlamem przypominającym bagno - tym bardziej, że z wiosną jakby ubyło wody, której poziom obniżył się względem stanu z września poprzedniego roku o około sześćdziesiąt centymetrów.
Pogoda nawet sprzyja. Nie ma już przymrozków, które mogłyby przeszkodzić w realizacji prac wstępnych. Jest co robić. Trzeba będzie przeszlifować burty, ławeczkę wymienię kolejny raz.
Odwiedziłam kilka strony internetowych - można kupić w Portugalii tanio łódkę używaną w bardzo dobrym stanie - ale, jej transport jest jednak drogi. - Pomimo częstych wizyt w portugalskich firmach - nie bardzo jestem w stanie logistycznie dokonać cudu transportu łódki - aby, nie rujnować mojego budżetu.
Francisco - dyrektor firmy ubezpieczeniowej w Faro obiecał mi, że wyszuka dla mnie "coś" - co, będzie można zapakować w mały kontener z innymi towarami, jakie ich firma przesyła do polskiego oddziału w Warszawie. - W takim przypadku byłaby sposobność przetransportowania łodzi na lawecie do żaglowni, zarejestrowanie jej i na kilka lat byłby spokój. - Mam dość ciągłego remontowania - chcę pływać i używać łodzi jako atrakcji turystycznej a te portugalskie są bardzo atrakcyjne. Przyciąganie oka zwłaszcza męskiego - takiego wędkarza emerytowanego oficera wojskowego będzie w sam raz. - Nie wiem ilu z nich chciało mi naprawić moją starą łódź, połatać, pokleić i oczywiście używać najlepiej pod moją nieobecność. Ale, ja wolę jak to ja decyduję - kto i kiedy używa mojej łodzi.
*fragment całości - prawa autorskie zastrzeżone
