2018/06/28

Susza

Trzy miesiące bez deszczu, tyle samo beznadziejnego poszukiwania azylu dla skołatanych emocji. Zapanowała cisza w eterze - zamykałam się w pokoju na całe godziny, wychodziłam tylko wieczorami, gdy czułam, że nie spotkam nikogo na tyle odważnego, żeby mi powiedzieć - cześć, jak minął dzień? 

Łódź osiadła na dnie jeziora, które wyschło w kilkadziesiąt dni. - Zapowiadali mi, że przenoszenie się w ten region nie jest najlepszym pomysłem. W jeziorze było może metr wody do gruntu. Ale, było długie i szerokie - przypominało nawet kształtem bączka. - Tak, właśnie dobrze to sobie określiłam - bączek spełniał idealnie wyobrażenie o łodzi bez wioseł - chociaż bączkiem pływanie  - to, nie byle jakie wyzwanie. 


Synoptycy zapowiadali jeszcze nawet miesiąc suszy. Nic, co żywe - nie ocalało bez uszczerbku. - Meksyk jest bezlitosny. W Polsce ulewy a tutaj, jak w piekle gorąco, na domiar do najbliższego miasteczka około trzydzieści mil. - Zachciało mi się egzotyki na stare lata. - Co prawda - pięć tysięcy dolarów amerykańskich piechotą nie chodzi - ale nikt nie dodał, że jadę do piekła. Jonathan dzwoni raz na tydzień - jego badania archeologiczne potrwają jeszcze pół roku - nie wiem, jak ja to wytrzymam sama wśród dosłownie pięciorga tubylców, z czego Rodriguez, to nadal facet z ikrą i spogląda na mnie, jakby nie widział kobiety całymi latami. - Moja śniada karnacja przypominała mu miejscowe kobiety, które we krwi nosiły hiszpańskie geny. - Zupełnie podobnie, jak ja - chociaż, ojciec porzucił mnie i matkę, gdy byłam nastolatką - to pamiętam jego południowy temperament a także południowe rysy twarzy. Matka nie była pierwszą lepszą kobietą - gustowała w facetach z południa Europy a nawet świadomie pomijała białych adoratorów.

Czterdzieści trzy stopnie w cieniu a ja jedynie w bieliźnie i woalce. Stopy mi wysychają tak samo, jak ta ziemia pod łodzią. Nie da się chodzić nawet w skórzanych sandałach - bo, byle kamyczek sprawia ból. Wybrałam chodzenie po ziemi boso - kilka minut stania w miejscu a ziemia chłonie wilgoć stopy - zostaje ciemniejszy ślad od stania, który wyparowuje w kilka chwil. 

W sumie praca tłumaczki pasuje mi najbardziej - tłumaczenie tego, co ktoś napisał z interpretowaniem tego, co pomyślał pisząc stała się dla mnie motywacją na cały czas pracy tutaj. Podrzucałam kamyczki w dłoni patrząc na wyschniętą skorupę dna jeziora, w którym podobno w porze deszczów żyją ryby, płazy i inne zwierzątka wodne. - Aż, nie che się wierzyć, że istnieje ten świat. - Gdy, tylko spadnie kilka kopel deszczu - ziemia zamienia się w rajską dolinę na kilka tygodni. Grzechotniki podczas ulewy zmykają na pagórki - czują się tam bezpieczniej. Nawet nie wiem, czy lubią wodę - ale, na pewno lubią zadać śmiertelny cios atakując ofiarę. - Nie tak dawno widziałam, jak wąż przyczaił się na tutejszego kota, który całymi dniami wylegiwał się w cieniu szopy - chodząc z regularności zegara słonecznego wokół niej, aby tylko cień mu nie uciekł. A grzechotnik czai się może pięć metrów od kota. Gad wytrzymały na upał a kot leniwy od gorąca. - Tylko, chyba koci instynkt uratował wylniałego kocura - bo grzechotnik wyskoczył za nim na około metr do góry - taki głodny i zdesperowany - ale, nieskuteczny. Rodriguez zastrzelił niebezpieczną bestię i upiekł na ogniu. - Chciał, abym skosztowała - ale, wolę jednak warzywa i wołowinę, której mi tutaj nie brakuje - chociaż, jest podsuszana - ale smaczna. 

Pozostaje mi oczekiwać na wieści od Jonathana, który zapowiedział trzysta stron tekstów do tłumaczenia. Czytam lokalną prasę dostarczaną co dwa dni przez kuriera wożącego materiały wybuchowe do kopalni złota, która znajduje się podobno sześćdziesiąt mil dalej na północ. Dobrze, że taki ktoś nadal istnieje. Jego samochód przypomina dyliżans. Wozi ze sobą wszystko, co zamawiają ludzie żyjący na trasie - ale, paliwo ma w zbiorniku chyba pancernym - wszystkiego może mu zabraknąć - tylko nie paliwa. 

*fragment całości c.d.n. / tekst chroniony prawami autorskimi

2018/05/20

Łódź po zimie

Połowa maja - połowa wiosny - a łódź jakby zdezelowana kolejny raz. - Wszystko przez to, że zimą nie było czasu na zabezpieczenie jej przed śniegiem i lodem. Chorowałam prawie trzy miesiące - lekarz zabronił mi wszelkich podróży i wychodzenia z domu. - Nawet zakupy robiłam na telefon lub poprzez internet. 



Później, już było zbyt późno, aby ratować łódź bez wioseł przed skutkami zimy. Została - nawet bosman nie kiwnął palcem, aby zabezpieczyć ją na cały sezon zimowy. - Wykorzystywał mnie - używał, jak roweru - wsiadał i zsiadał ze mnie, jakbym była przedmiotem do odreagowania stresu. Bydlak jeden - wierzyłam mu a on robił to samo rok w rok.

Trzynaście lat minęło od pochowania Iwony - ona chociaż czekała marca lub kwietnia - kiedy przyjadę do niej i pójdziemy brzegiem pomiędzy budzącymi się do życia trawami i pierwszymi kwiatami polnymi. Cmentarz trzeba odwiedzić - umyć Iwonie pomnik granitowy, który sobie zafundowała jeszcze za życia. - Jestem jej to winna - była wierną przyjaciółką i towarzyszką wielu sezonów w łodzi bez wioseł. Szczera rozmowa z grabarzem opiekującym się od początku grobem przyniosła mi trochę ulgi jeszcze jesienią. Opowiadał o jej życiu, którego nie znałam. Chyba żyła w dwóch zupełnie innych światach - tak, jak ja sama. - Panna, ale ciągle jakby zaręczona z jakimś facetem - a tych nie brakowało - bo wystarczyło, że jakiś ofiarował jej byle jaki pierścionek z oczkiem brylantowym a już umierała z miłości. - Coś nas chyba łączyło - tak - obie uwielbiałyśmy brylanty ofiarowywane przez hazardzistów, lichwiarzy i "czarodziejów" okradających własne firmy - aby, tylko zaimponować nam. - Wspomnienia nawet mnie nie bolą - jej już nie ma a ja nadal mam słabość do pierścionków z drogimi kamieniami.  

Dzwoniłam kilka razy do bosmana - ale w żaglowni chyba odcięli stacjonarny telefon. - Wkradła się epoka mobilnej telefonii. - Nie wiem, jak dotrzeć do tylu ludzi, którym jestem winna pamięć. 

W sklepie zakcesoriami do remontu łodzi powiedziano mi, że wszystko to, co im podałam przez formularz kontaktowy - będzie kosztowało prawie dwa tysiące złotych. Drogo trochę a jeszcze trzeba włożyć kilkanaście dni pracy. 

- Pora poszukać jakiegoś zdolnego emeryta - "złotą rączkę". Emeryt nie jest napalony na kasę a wykazać się lubi - aby, tylko miał pojęcie o szkutnictwie lub był chociaż zdolnym hobbystą cieślą. Naprawa zajmie może kilkanaście dni a może tylko kilka - jeżeli, prace przygotowawcze pójdą sprawnie. Łódź trzeba wyjąć z bagna - bo, zarosła szlamem przypominającym bagno - tym bardziej, że z wiosną jakby ubyło wody, której poziom obniżył się względem stanu z września poprzedniego roku o około sześćdziesiąt centymetrów. 

Pogoda nawet sprzyja. Nie ma już przymrozków, które mogłyby przeszkodzić w realizacji prac wstępnych. Jest co robić. Trzeba będzie przeszlifować burty, ławeczkę wymienię kolejny raz. 

Odwiedziłam kilka strony internetowych - można kupić w Portugalii tanio łódkę używaną w bardzo dobrym stanie - ale, jej transport jest jednak drogi. - Pomimo częstych wizyt w portugalskich firmach - nie bardzo jestem w stanie logistycznie dokonać cudu transportu łódki - aby, nie rujnować mojego budżetu.

Francisco - dyrektor firmy ubezpieczeniowej w Faro obiecał mi, że wyszuka dla mnie "coś" - co, będzie można zapakować w mały kontener z innymi towarami, jakie ich firma przesyła do polskiego oddziału w Warszawie. - W takim przypadku byłaby sposobność przetransportowania łodzi na lawecie do żaglowni, zarejestrowanie jej i na kilka lat byłby spokój. - Mam dość ciągłego remontowania - chcę pływać i używać łodzi jako atrakcji turystycznej a te portugalskie są bardzo atrakcyjne. Przyciąganie oka zwłaszcza męskiego - takiego wędkarza emerytowanego oficera wojskowego będzie w sam raz. - Nie wiem ilu z nich chciało mi naprawić moją starą łódź, połatać, pokleić i oczywiście używać najlepiej pod moją nieobecność. Ale, ja wolę jak to ja decyduję - kto i kiedy używa mojej łodzi. 

*fragment całości - prawa autorskie zastrzeżone