Siedziałam szesnaście lat na krześle, które z latami zaczęło odczuwać, jak dupsko mi rośnie. Ze zwykłej kobiety stałam się matroną. Tyle lat nie odwiedzałam sklepu z meblami. Patrzyłam na siebie, jak na sponiewierany worek z kartoflami. Wiadomo przecież, że taki worek różni się nawet od worka z mąką lub pszenicą. Byłam w młynie pod Paryżem - widziałam te worki - takie, niby wielokrotnego użytku - ale jednak gładkie i przyjemne w dotyku. Worek z kartoflami jest niekształtny i ohydny w kontakcie. - Czułam się podle.
Potrzebowałam zmian pod każdym względem. Najlepiej na już i na teraz. In cito - tak można napisać na liście potrzeb. Krzesło - a dokładniej "poddupnik pospolity" - jak, to mawiała moja babka ze strony ojca. Ona, to dopiero wyglądała. - Miała może metr siedemdziesiąt sześć - ale, ważyła pewnie ze sto trzydzieści kilogramów. Potrzebowała zawsze porządnego krzesła - bo, byle liche pękały pod jej "godnością". Dlatego, w domu były zawsze krzesła solidne, ciężkie na tyle, że raz postawione przy stole - mało kiedy zmieniały swoje położenie. Babka używała także krzesła do sekretarzyka przy którym robiła księgowość i planowała wydatki. Była w tym dobra - nie tylko własną firmę rodzinną prowadziła, ale innym też pomagała prowadzić rachunki.
Właśnie, ona według mnie - jako pierwsza używała określenia "poddupnik pospolity" - chociaż wydawało się, że w jej czasach było to takie lekko ordynarne określenie - to, jednak przetrwało.
Potrzebowałam poddupnika pospolitego i zdesperowana tym faktem ruszyłam na poszukiwania po sklepach. Zauważyłam pewne trendy w modzie - lecz, nie wiele mnie to interesowało. Moje wysłużone krzesło służyło mi jako miara mojej atrakcyjności - siadałam okrakiem i mierzyłam odległość łona od oparcia. Miałam przy tym swoje reguły pomiaru. - Lata zrobiły swoje - a krzesło do pracy biurowej potrzebowało wymiany. Co prawda pracuję ostatnio poza domem a zakres pracy jest daleki od biurowego zacisza - to, jednak tremo wymagało ode mnie szlachetności w wyborze. Szukałam więc wszędzie i trafiłam na poddupnik pospolity z wygódką, czyli podstawką na filiżankę z herbatą. - Powiedzmy, że niby wygodne - ale, bałam się tego stawiania kawy na miejscu, które nie gwarantowało bezpieczeństwa. - Usiadłam na krześle w sklepie kilka razy. Obsługa spoglądała na mnie, jak na zakręconą emerytkę. Przykładałam się kilka razy, przysiadywałam, mierzyłam odległości do moich krągłości. Samo krzesło nie wzbudzało rewelacyjnych odczuć - była półka na filiżankę a ta już intrygowała. Fantazja poszła w grę. - O fantazji będzie później. Teraz ważne było to, że poddupnik pospolity kosztował prawie trzysta złotych. Wiadomo produkcja nie seryjna.
Skorzystałam z oferty firmy handlującej meblami używanymi ulokowanej w Wielkopolsce. Dawni znajomi, z którymi wiązały mnie w przeszłości bliskie stosunki i relacje. Postanowili mi pomóc podsyłając kilka modeli na zdjęciach. Kusząca oferta. Zdjęcia ukazywały to, co lubię - luksus za przystępną cenę.
Najbardziej chodziło o ten element służący normalnie jako podstawka do filiżanki herbaty lub kawy. We mnie budził wiele więcej skojarzeń. Tremo miało swoje miejsce a ja przed nim na krześle. Podobało mi się nawet samo skojarzenie uniesionej nogi. Romantyzmu nabierały myśli o nowym zakupie. Tyle emocji, takie fanaberie fantazji. Grzech nie pomyśleć o przyjemności siadania na poddupniku pospolitym mającym takie coś, co może służyć jako podtrzymywacz nogi. Zgłupiałam do reszty. Wszystko miało swoje mocne strony, gdy tylko chciałam uzbroić się w fantazję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane