Siedziałam na ławce w parku miejskim. Dosłownie sto kroków ode mnie gwar samochodów wybijał ludzi z mozołu i wprawiał ich w patatajkę. Tak w patatajkę, czyli taki koński pęd za wszystkim i za niczym. - A ja siedziałam i dumałam. Malowanie w łodzi. Tak sztalugi, pełna gama farb i paleta oraz pędzle - oczywiście farby akwarelowe - szybkoschnące na powietrzu. - Rozpędziłam swoje galopujące myśli - gdzie, blisko znajdę sklep z potrzebnymi mi artykułami - ale, w mgnieniu oka przypomniałam sobie, że mogę podwędzić je domniemanemu artyście malarzowi, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji - starając się udowodnić, że jest artystą a nawet z czeladnikami malującymi niby to freski w klasztornych krużgankach - nie miał startu.
- Cóż - jak pomyślałam, tak zrobiłam. Jednak kilka rzeczy i tak musiałam kupić- czyli, farby akwarelowe i pędzelki "czerwona kuna" serii 3102 - oddające subtelność akwareli.
Wsiadłam do taksówki. Trzy godziny i miałam wszystko - ależ ulga. Jeszcze lody w gałce - wylizałam gałkę po gałce - pięć gałek - a co, a jak! Jak szaleć - to szaleć.
Tylko patrzeć, jak burza dopadnie mnie na mieście. - Zadarłam kieckę ponad kolana i między kroplami deszczu wpadłam do sutereny mieszczącej kawiarnię. - Zapachniało wanilią, kawą i innymi wonnościami. Włosy zmoczył mi już deszcz - wyglądałam zapewne dziwnie - bo, co drugi włos się pokleił wodą do sąsiadującego.
Ale, nie o tym. Założeniem był wypad nad moje jezioro do łodzi bez wioseł. Tak sobie zaplanowałam, że ustawię w łodzi sztalugi i będę teraz ja artystką tylko, nadal nie wiedziałam - czy, namaluję pejzaż - czy, też martwą naturę - a może znajdę modela. O, tak - model stojący po pas w wodzie. A może, tylko po kolana. Też dobrze - chociaż mniej cenzuralnie - ale, może bokiem - a może w geście.
c.d.n.
c.d.n.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane