Siedziałam w łodzi zacumowanej zapewne z dwieście metrów od brzegu a dookoła panowała jedwabista cisza, lustro wody jakby wyprasowane - nawet jednej fali, nawet nartniki jakby stąpały nie roztaczając kolistych kręgów na wodzie. Niesamowite - ile, oczy mogą widzieć w tak niezmąconej wodzie. Jezioro nie należało do głębokich - więc, pomimo sporej odległości od brzegów a szczególnie od mojego brzegu oznaczonego "Przystań 61" - widziałam dno - piaszczyste porośnięte roślinkami nie większymi, jak kilkanaście centymetrów - a wśród nich przemykały ławice małych płoci, czasem dostrzegałam kilka okoników młodzików. Patrzyłam w toń - przysłaniając się parasolem, jaki zamontowałam w łodzi wraz z nastaniem upałów - dawała boski cień a nawet służyła jako żagiel, gdy wiatr pompował ją. Kabłąki powiązane do rączki pozwalały na nawet spory rajd "żeglarski" w stronę brzegu - albo, uciekając od brzegu w stronę środka jeziora. Nie było miecza, nie było steru, nie było wioseł - więc, parasol stanowił idealne doposażenie łodzi.
Spomiędzy trzcin, gdzieś zapewne trzysta metrów ode mnie widziałam grupkę kąpiących się mężczyzn. - Nie byli to młodziki - raczej faceci niż chłopcy. Skakali z pomostu do wody. Matko boska - jak oni skakali do wody mającej nie więcej niż może dwa metry - na główkę! - Czyste szaleństwo. Ale widziałam, jak nawet łamanym skakali - a to wymagało już od nich wprawy nie byle jakiej. Sama nie potrafiłam nigdy skakać do wody na głowę - bałam się czegoś, coś mnie odstraszało od wtopienia się z impetem do nieznanej topieli. Nie, nie! To, nie dla mnie - bałam się tych wszystkich roślin wodnych mogących oplątać mi się na szyi lub szorować po ciele. Każdy dotyk w wodzie jest taki spotęgowany wielokroć receptorami czuciowymi na skórze. Odkręciłam głowę od wpatrywania się w pływające ryby i raki umykające pomiędzy wodorostami i zainteresowałam się tym, co ci młodzi skoczkowie do wody robili. A właśnie skakali i wyciągali coś kolorowego z toni, która pochłniała ich na kilka sekund - wyciągali właściwie kolorowe bardzo fluoroscencyjne jakieś przedmioty. - No, tak! Przecież widać, że to kadra ratowników wodnych, którzy wczoraj przyjechali i zakwaterowali się w pokojach nad żaglownią. - Dopiero teraz zaskoczyłam, dopiero ciarki przeszły po mnie. Jakże mogłam zapomnieć - tacy przystojni młodzi, wysportowani, męscy, opaleni - niesamowicie uroczy panowie.
Skakali już pewnie z godzinę. Gwizdek, skok do wody - kilka sekund pod wodą i wypływa z trofeum dzielny pan ratownik. Bez kamizelek, bez koszulek, bez czepków - wyglądali bardziej na miejscowych łobuziaków niż na ekipę ratowników.
Nie było innego wyjścia, jak tylko delikatnie powiosłować parasolem w stronę brzegu - aby, z bliska podziwiać ich sprawność, gibkość i te mięśnie brzuchów, te tricepsy, tą radość życia, jaką wkładali w każdy skok - słychać ich było zapewne na kilometr przy tak gładkiej powierzchni jeziora.
Tunika leżała na mnie prawie doskonale - kolorowa, prawie idealna na plażę i do kina - no, właśnie prawie - jak, to prawie robi różnicę. Poprawiłam wszystko na sobie i jestem już nie dalej, jak dwadzieścia metrów od śmiałków. Skakali nie zwracając na mnie uwagi. A ja, zakotwiczyłam prawie na granicy trzcin. Kamień kotwiczący poszedł na dno, cuma przyciąnięta maksymalnie na sztywno. Nadal bezwietrznie. Tutaj bliżej brzegu jednak trochę chłodniej od sosnowego lasu, jako okala jezioro.
Oni skakali a ja patrzyłam jak zaczarowana. - O, Jezu! - Serce mi o mało nie wyskoczyło z piersi a może to pierś chciała wyskoczyć z łodzi! Ależ się wystraszyłam. Jakieś łapska chwyciły burtę łodzi i nagle wszystko zrobiło się tak niestabilne, że o mało nie wpadłam do wody. Kosmata jakaś morda wyłoniła się z wody! Czarny potwór z głębin - wielki, jak orka a może jak kaszalot - cały w kombinezonie do nurkowania. Psiuknął do tyłu i po chwili zagadał do mnie - prawdziwy, żywy nurek. - Ależ serce mi waliło, jakbym walczyła ze sztormem na pełnym morzu. - Przeprosił, że mnie wystraszył - ale, zrobił to celowo - bo, podono wpłynęłam na terytorium opanowanym przez praktykujących adeptów ratownictwa wodnego. A on - wielki pan instruktor pływał jako organizator ustawiania tego, co oni wyławiali z wody. W kilka sekund pojęłam, że jestem intruzem na ich wodzie. - Ale, ale - jakiej ich - to, przecież okolice mojej przystani a oni bazowali przy przystani chyba nurmery od 30 do 40. Tak bynajniej mi się wydawało po wczorajszym rekonesansie, gdy przyjechali i łazili brzegiem jeziora.
Wcale się mną nie zainteresował ten kosmaty powtór z głębin a nawet niezbyt elegancko mnie potraktował prosząc o szybkie odpłynięcie od ich terytorium treningowego - jakby do nich należało pół akwenu. Niebywałe.
Poprosiłam, żeby chwycił cumę z kamieniem ktowiczącym i odholował mnie kawałek od tego miejsca - będzie szybciej niż ja parasolem będę wymiatać.
Zanurkował - poczułam szarpnięcie, chwyciłam się obiema rękami burt i jednym ślizgiem pomknęłam po linii trzcin może z 200 metrów. Odpływam... ale, kilka chwil od momentu, kiedy nurek pociągnął za cumę - usłyszałem od skaczących ratowników niemiłą zagrywkę. - Otóż, do uszu dotarło do mnie: " srumta niemyta - wpakowała się nam akurat tam, gdzie były poustawiane miny!". - Och, ty! - pomyślałam - chwyciłam parasol i uderzyłam ze złością w wodę kilka razy! - Wiem, że dla nurkujących to niezbyt miłe uczucie, gdy są pod powierzchnią wody a ktoś wali w taflę wody ile sił. Coś za coś! Złośnica jestem i nic na to nie poradzę. - Czasem ciężko żałuję tego, co robię! - Właśnie, nurek zgubił chyba mój kamień do kotwiczenia! Zniknął, a ja z lekko rozpędzoną na wodzie łodzią wpłynęłam prosto w szuwary.
*fragment całości - prawa autorskie zastrzeżone

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane