2017/07/09

Grzybienie białe

Siedziałam chyba dwie godziny na rozpalonej, jak patelnia łodzi a w sumie w łodzi. Słońce paliło niemiłosiernie a ja patrzyłam, jak moja skóra jest pomarszczona od starości. Nie pomaga nic - ani kremy, ani naturalne smarowanie. Może mam za starych tych masażystów i krem jakiś nie bardzo gęsty. Muszę nad tym popracować - bo, ohydnie jest patrzeć na dekolt i udziska - o pupie nie myślę już nawet - obwisło mi wszystko. Opalacze nie ogarniają już tego wszystkiego. Wzięłam sobie na lipcowy weekend trochę wolnego od wszystkiego i ruszyłam na moje jezioro. Na brzegu siedzieli pan Zdzisio i pan Rysio obok niego - moczyli swoje kije i popijali piwo chłodzone w wodzie w siatce na ryby. Jednego znałam tylko z widzenia i imienia. Ale, pan Zdzisio był we mnie zakochany od wielu lat, adorował mnie, sprawiał mi przyjemnostki czasem w żaglowni a innym czasem zadawalałam się tylko perfumami lub innymi drobiazgami, które Zdzisio przywoził z Portugalii, gdzie namiętnie podróżował w poszukiwaniu łowisk. Należał do towarzystwa emerytów, które skupiło się wokół łowienia na wędkę poszukiwanych okazów bacalhau i robalo. - Kilka razy towarzyszyłam Zdzisiowi w takiej wyprawie - co, obfitowało bardzo bliską znajomością ze szczegółami, jakich ani ja, ani wędkarze nie rozprawiają nawet na łowisku. Bywałam więc w Portugalii czasem - wcale nie w poszukiwaniu a raczej na łowisku - czując się jak przynęta do wzięcia. 

Lipiec, krajowe łowisko i ci dwaj nad brzegiem - co jakiś czas machają mi butelkami piwa - zapraszając do towarzystwa. - Naciągnęłam mocniej słomkowy kapelusz udając, że nie widzę jak machają i nie słyszę - bo, woda pluskała o burty łodzi. 



Zacumowałam między grzybieniami białymi (Nymphaea alba L.), wyciągałam z wody całe pędy z kwiatami i układałam w łodzi na dnie, gdzie uzbierałam trochę wody do kostek - co, w taki upał sprawia przyjemność nogom - w sam raz przydała się do grzybieni.

Zamieszkałam tym razem na cały weekend w kempingu - jakby przekornie - chcąc wieczorem być odizolowana od nadmiaru wścibskich oczu i uszu. Nikogo nie powinno obchodzić z kim jadam kolację i czy ten ktoś opuszcza mnie wieczorem - czy, dopiero nad rankiem wymyka się ukradkiem. 

Zdzisio jednak odpada. Za stary już trochę - to, nie to samo, co wypady w przeszłości do Portugalii, gdzie byłam jego prawą ręką, a on moim jedynym wtedy towarzyszem dni i nocy. Co, to były za czasy - wcale nie myślałam o tym, że zostawiam męża i dzieci na całe czasem lato. Wracałam opalona, z pełnym portfelem i prezentami. Nigdy nie musiałam tłumaczyć - co robiłam - bo, przecież tłumaczyłam tylko między kolegami, co gadali - jak się już dogadywać nie potrafili. 

Rozglądałam się po linii brzegowej a tutaj niespodziewanie podpływa do mnie omega - prawie bezszelestnie z opuszczonym ożaglowaniem. Dopiero dosłownie na kilka metrów spostrzegłam, że jesteśmy na kursie kolizyjnym a dokładniej ta omega płynie prosto na mnie. - Krzyknęłam - w jednej sekundzie uniknęliśmy kolizji. - Po kilku sekundach znad burty wyłonił się marynarz słodkich wód - opalony, wąsaty i brodaty kapitan omegi odziany jedynie w skąpe kąpielówki - co, nie uszło mojej uwadze. - Słów przeprosin nie żałował a rzucał ich tak wiele, że wydawało mi się, iż tonę pod ich wodospadem. W mgnieniu oka oceniłam szanse i możliwości. Trafiłam na podatny grunt. Niedoszły korsarz miał może trzydzieści kilka lat i był lekko brzuchaty od piwa - ale, za to elokwentny i zagadał po angielsku, co nie sprawiło mi problemu. - Oznajmił, że pracuje i mieszka w Australii - a do ojczyzny powraca na wakacje - bo, ma jeszcze rodziców, których obiecał rok w rok odwiedzać latem. - Zaiskrzyło. Gadka się kleiła. Zacumował przy mnie i tak rozpoczęła się konwersacja oparta o macanki wzrokowe. Uwodziłam go nie dając mu szans na oderwanie wzorku ode mnie. Był mój po może pół godziny rozmawiania o sztuce, malarstwie i bohemie. - Spytał czym się zajmuję, dlaczego samotnie siedzę w łodzi bez wioseł, co sprawiło, że nazbierałam tyle grzybieni białych. - Zapytał też - czy, mam towarzystwo na wieczór - bo, on wpadnie tylko do rodziców i miałby ochotę na spędzenie wieczoru w towarzystwie. 
Wiele słów w kilka minut - nie miałam wątpliwości - ten korsarz to moja zdobycz a nie ja jego.

*fragment / prawa autorskie zastrzeżone



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są moderowane