Wrześniowe lato - to, lato porządków. Usiadłam ostatni raz w łodzi bez wioseł - czas na wyciągnięcie jej do żaglowni i konserwację spodu. Wierzch nadal jakoś wygląda. Kilka zabiegów konserwatorskich, szpachli trochę i silikonu - a kolejny sezon jeszcze się popływa.
Pomosty obsiadują już tylko ptaki, które witają albo żegnają moją okolicę. Wracam tutaj każdego końca lata. - Powiew wiatru od jeziora przypomina mi, że nadchodzą smutne dni pełne tęsknoty za latem. - Najchętniej poleciałabym na południe z bocianami - ale, mam tyle pracy, że nie sposób sobie pozwolić na jesienne szaleństwa.
Saper - ten od żaglowni - powiedział mi, że jeszcze dwa tygodnie i zamykają pochylnię i ośrodek. - Umyłam dłonie schodząc z pomostu - wciąganie łodzi nie jest trudne - bo, liny pomagają a bloczek ułatwia nawet kobiecie ciągnięcie takiego ciężaru. Pociągnęłam kilka razy korbą i po pochylni wślizgnęła się łupina. - Czemu nie mam wioseł? Sama nie wiem. Zawsze pływam z prądem - biorę tylko długą cumę - z falami bujam się na wietrze.
Napisałam na piasku kilka znaków. To, już rok 1988. Ostatnia zima była mroźna i śnieżna. Jezioro było pokryte lodem do połowy maja. Saper w maju pomagał mi wyciągać łódź z żaglowni. Wtedy poszliśmy wieczorem do restauracji i były tańce. Takie, jakieś wczesne wczasowiczki i kilku dziadków. Było przyjemnie, Saper ubrał się jak na wesele a ja byłam w spodniach i koszuli w kratkę z flaneli.
Porobiłam kilka zdjęć - wywołam klisze za kilka dni i popatrzę, co prezentują a co ukrywają - czasem na zdjęciach widać więcej niż w rzeczywistości. - Kiedyś, wypatrzyłam na dużym powiększeniu zdjęciasprzed wielu lat - postać, której na pewno nie widziałam i której na pewno nie było, gdy robiłam zdjęcie. - Dziwne. - Czytałam o takich przypadkach książkę ukazującą życie i to, co jest po życiu. Być może sfotografowałam zbłąkaną duszę na skraju lasu.
Plandeka okrywała szczelnie moją łódź, a Saper krzątał się po terenie wyszukując nie wiadomo czego. Dziwny facet. Czasem miałam uczucie, że ma na mnie ochotę - ale, powstrzymywało go to, że byłam taka otwarta na świat i ludzi, a on taki tajemniczy żeglarz mający pojęcie o wszystkim, co było związane z wodą i wiatrem.
Porobiłam kilka zdjęć - wywołam klisze za kilka dni i popatrzę, co prezentują a co ukrywają - czasem na zdjęciach widać więcej niż w rzeczywistości. - Kiedyś, wypatrzyłam na dużym powiększeniu zdjęciasprzed wielu lat - postać, której na pewno nie widziałam i której na pewno nie było, gdy robiłam zdjęcie. - Dziwne. - Czytałam o takich przypadkach książkę ukazującą życie i to, co jest po życiu. Być może sfotografowałam zbłąkaną duszę na skraju lasu.
Czasem, gdy przyjeżdżałam popływać łodzią - Saper lornetkował okolicę wypatrując kłusowników na jego terenie. Nie lubił dzielić się niczym a zwłaszcza węgorzami, które miały jakby tylko dla siebie. Chyba był to rok 1985 - kiedy, po zakończeniu sezonu - tak, jak teraz - ofiarował mi dosłownie chyba z trzydzieści wędzonych węgorzy. Zabrałam je do domu a tam ucztowałam - bo, nikt poza mną nie lubił jadać ryb. A ja jadłam - te węgorze tak mi przypominały te chwile nad jeziorem, wiły się a ja je łapałam w dłonie - śliskie cholernie - ale, takie smaczne. - Kojarzyły mi się niegrzecznie - tym razem obyło się tylko na skojarzeniach.
Saper wiedział sporo o mnie, bywałam tutaj od jakiegoś czasu - samotna - ale, taka już moja natura - wiem, że nikt nie widzi i nie słyszy a ja, jak człowiek zza innego świata pojawiam się prawie anonimowo i znikam.
Saper właśnie oznajmił, że jeszcze około godzinę zajmie mu porządkowanie, a na koniec sezonu zaprasza mnie na spóźniony obiad i lampkę wina.
- To, ja pozbierałam wszystko, co miałam, plecak i torbę z rzeczami podręcznymi. Ośrodek przestawał tętnić życiem. - Spoglądałam na lustro wody i wzbierała mnie nostalgia, że to wszystko zostanie wkrótce skute lodem i pokryte śniegiem. - Nigdy tutaj nie byłam zimą - może szkoda. Ośrodek jednak zimą jest nieczynny, Saper wyjeżdża do swojego rodzinnego domu, gdzie żona i dzieci czekają - aż jego sezon nad jeziorem się zakończy - pięć miesięcy pracuje a siedem kombinuje - ale, chyba dobrze mu się powodzi - bo, zaczynał tak, jak ja z łodzi a ma jacht i swoje miejsce przy kei.
Trzynaście kilogramów zrzuciłam w ciągu jednego sezonu - ale, uganiałam się za tym, co lubię najbardziej i dostałam to, czego potrzebowałam. Teraz syta - ale, szczuplejsza wracam do swojej pracy i rytmu dnia, którego nie lubiłam nigdy - lecz, jest on moją konieczną ostoją - innej nie potrafiłam sobie poukładać szczęśliwie.
*fragment całości - chroniony prawami autorskimi
